Już od dawien dawna mój chłopak próbował przekonać mnie do zdrowego odżywiania. Stopniowo wprowadzał do mojego jadłospisu więcej różnorakich warzyw i owoców. Każdorazowe zakupy z nim nie obyły się bez dokładnego śledzenia składu żywności i może by mi to wówczas nie przeszkadzało gdyby nie to, że za każdym razem wyciągał mi z rąk ulubione słodycze, kręcąc przy tym przecząco głową. Moje bunty i protesty nie zdały się na nic. On zawsze miał przeciwko słodkościom pełną artylerię argumentów, a moim jedynym było: przecież od jednego batonika nie umrzesz. Tylko, że to nigdy nie kończyło się na jednym batoniku.
Przyszedł w końcu moment, kiedy dotarło do mnie, z czym tak naprawdę wiąże się nieświadomość tego, co jemy. Wedle zasady "jesteś tym, co jesz", zrozumiałam, że pożywienie to przede wszystkim nasze zdrowie! W końcu powiedziałam STOP. Trochę nawrócona przez chłopaka podjęłam świadomą decyzję o wyeliminowaniu wszystkiego co niezdrowe z naszego jadłospisu: od niepożądanych cukrów, poprzez chemię zawartą w żywności, aż do ograniczenia mięsa.
Na początku nie nie dawało mi spokoju jedno zasadnicze pytanie: ale co my będziemy jeść? Przecież we wszystkim jest chemia. Jakie to stereotypowe myślenie! Tak naprawdę wystarczy dobrze zapoznać się ze składem, wiedzieć jak go czytać oraz co jest dobrym i wartościowym składnikiem, a co lepiej wykluczyć z jadłospisu.
Zanim jednak zacznę moje wywody w tym temacie, zaznaczam, że nie jestem specjalistą. Piszę wnioski na podstawie własnej wiedzy i doświadczeń.
Jak się za to zabrać?
Moje początki były dosyć amatorskie. Jak już wspominałam, miałam trudności, żeby całkowicie zrezygnować ze słodyczy. No bo jak to tak bez batoników, czekolady, cukierków, żelek, domowych wypieków? O ile słone przekąski potrafiłam skreślić od razu, tak z cukrem miałam bardzo duży kłopot.
Zaczęłam więc małymi kroczkami. Moim pierwszym sukcesem było zaprzestanie słodzenia kawy i herbaty. Miałam już do tego kilka podejść, ale tym razem na stałe udało mi wyeliminować cukier z napojów. Nie wspominając oczywiście o słodzonych sokach, gazowanych oranżadach i innych sklepowych majstersztyków. Z tymi nie miałam już dawno do czynienia.
Kolejnym krokiem było uważne śledzenie składników w sklepowej żywności. Dopiero po bliższym zapoznaniu się z nazwami chemii i konserwantów w moich ulubionych przekąskach oraz ze skutkami, jakie niesie za sobą ich spożywanie, postanowiłam całkowicie przestać faszerować się przetworzoną żywnością.
Jeden krok ku zdrowiu pociągnął za sobą następny. Mianowicie zaczęliśmy się interesować składem kosmetyków codziennego użytku. Jak się okazało i w tej dziedzinie bardzo wiele pozostaje do życzenia. Większość z tych rzeczy tak naprawdę ma niesamowity wpływ na nasze zdrowie, samopoczucie, czy nawet kondycję skóry i włosów.
Jak czytać etykiety
Warto zacząć od tego, że producent ma obowiązek zamieścić wszystkie elementy zawarte w produkcie. Drugą bardzo istotną informacją jest fakt, że składniki są wymienione w porządku malejącym, a wiec na pierwszym miejscu znajdzie się to, czego w produkcie mamy najwięcej. Bardzo często obok nich można odczytać procentową wartość elementu, ale nie zawsze. Dzieje się tak dlatego, że producent musi podać ilościową zawartość składnika, jeśli odnosi się on do nazwy, czy grafiki na produkcie.
Generalnie obowiązuje jedna zasada: im krótszy i bardziej zrozumiały skład, tym produkt jest zdrowszy.
Czego unikać?
Jeżeli już idziemy na zakupy z przeświadczeniem, że tym razem nie wrócimy do domu z siatkami pełnymi jedzeniowych zapychaczy, warto najpierw zapoznać się ze składnikami, które w żywności są niepożądane.
Przede wszystkim wystrzegajmy się
wszelkiego rodzaju E. Symbolem tym oznaczane są barwniki i konserwanty oraz środki zagęszczające, które w małych ilościach (podobno) nie są szkodliwe, ale też nie oddziałują na nas pozytywnie, dlatego lepiej od razu skreślić je z listy zakupów.
Syrop glukozowo-fruktozowy - jest obecny praktycznie we wszystkim, co początkowo weźmiemy do ręki. Pod tą nazwą kryje się tańszy zamiennik sacharozy, którego powinniśmy się wystrzegać jak ognia, ponieważ to za jego sprawą nasze pokolenie dopadła epidemia otyłości. Syrop glukozowo-fruktozowy (HFCS, izoglukoza) jest bardzo niezdrowy i przyczynia się do wielu chorób, m.in: chorób układu krążenia, cukrzycy oraz stłuszczenia wątroby.
Aspartam - jest obecny w składzie wszystkich gum do żucia i większości produktów typu light. Jest to substancja słodząca, której przypisuje się niską kaloryczność, ale mało kto wie, że aspartam zawiera silnie trujące związki, które są odpowiedzialne za złe funkcjonowanie neuronów. Podobno został przebadany na wszystkie możliwe sposoby, podobno jest nieszkodliwy i nadal podsuwa nam się go pod nos jako atrakcyjny słodzik, ale tak naprawdę jest to bardzo niebezpieczna substancja, która przyczynia się wywołaniu nowotworów, stwardnienia rozsianego, parkinsona, czy alzheimera.
Glutaminian sodu - znany wzmacniacz smaku i zapachu który znajdziemy w kostkach rosołowych, zupkach i sosach w proszku, wędlinach, konserwach i czipsach. Powszechnie uważany jest za nieszkodliwy dla zdrowia, ale biorąc pod uwagę, że występuje w bardzo przetworzonej żywności (również pod nazwą ekstrakt drożdżowy) lepiej go unikać. Chyba, że ktoś wierzy, że kostki rosołowe, czy czipsy są zdrowe...
Zagęstniki, stabilizatory, emulgatory – dzielą się na nieszkodliwe i szkodliwe:
- Bezpieczne zagęstniki, emulgatory i stabilizatory: E 406, E 408, E 410-418, E 440-442, E 460-478 (bez E 466), E 481, E482.
- Potencjalnie szkodliwe: E 400-405, E 407, E 420-422, E 425, E 430-436, E 445, E 450-452, E 466, E 491-496.
Kwas cytrynowy (E330) - brzmi ładnie i niewinnie, być może dlatego, że w naturalnej postaci występuje w owocach cytrusowych i jest niezbędny w metabolizmie organizmów żywych. Nie od dziś wiadomo, że sok z cytrusów ma właściwości przedłużające trwałość produktu, jednak syntetyczny kwas cytrynowy, który znamy z etykiet to nic innego jak konserwant i nie ma nic wspólnego z naturą. Ponadto nie jest pożądany w naszym organizmie, ponieważ po cichu niszczący nasz żołądek i komórki mózgowe, zmieniając w nich reakcje chemiczne! Przez większość dietetyków i ludzi świadomych jest on uważany za substancję rakotwórczą z tego względu, że jego produkcja polega na fermentacji cukru za pomocą pleśni kropidlaka, która nie jest przyjazna ludzkiemu organizmowi.
Składników silnie wpływających na nasze zdrowie jest jeszcze cała masa. Wymieniłam tutaj kilka najważniejszych, które powinno się omijać szerokim łukiem, pomimo zapewnień naukowców o "bezpiecznym dziennym spożyciu". Nie dajmy się na to nabrać! W jednym produkcie nie jest ono przekraczane, ale w kilku już tak. Bezpieczne dzienne dawki mogą się kumulować i odkładać w organizmie, więc łatwo można przekroczyć granicę bezpieczeństwa. A po miesiącu, dwóch trzech latach może to odbić się poważną alergią, dolegliwościami żołądkowymi, czy nawet rakiem.
Dlaczego warto?
W tym kierunku pociągnęło mnie przeświadczenie, że chodzi tu o moje zdrowie. Nigdy nie narzekałam na żadne schorzenia, ani też nie mam chorób przewlekłych, co nie oznacza, że w przyszłości uda mi się ich uniknąć. Wiadomo, że im organizm jest starszy, tym gorzej radzi sobie z odbudowywaniem komórek, spada metabolizm, nadszarpana kondycja wątroby już się nie regeneruje tak sprawnie jak wcześniej. Jednak rezygnując z cukrów prostych (w moim przypadku niesłodzenie kawy i herbaty; niepicie słodzonych i gazowanych napojów; całkowite wykluczenie słodyczy) zwiększa prawdopodobieństwo, że na starość cukrzyca obejdzie się z nami łaskawie.

Podobnie sprawa stoi z tłuszczami. Jak wiadomo są one niezbędne dla prawidłowego funkcjonowania naszego organizmu, ale wiele z nich - szczególnie tych przetworzonych (tzw. utwardzonych, tłuszczów trans) - bardziej szkodzi, niżeli pomaga. Chcąc więc zmniejszyć ryzyko przyszłego niekontrolowanego wzrostu cholesterolu, zatkanych tętnic, zachorowania na miażdżycę, czy nagły zawał serca całkowicie zrezygnowałam z margaryny, czy utwardzonych (uwodornionych) tłuszczy roślinnych, transoleju palmowego, które najczęściej najczęściej można spotkać w słonych przekąskach.
Unikając już tych kilku wyżej wymienionych składników poczułam się dużo lepiej. Mój żołądek funkcjonował sprawniej, bez zbędnych dolegliwości trawiennych. Już nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz borykałam się z niestrawnością. Na tyle odciążyłam mój układ trawienny, że teraz, kiedy się zapomnę i mocno przesadzę z jedzeniem, on wysyła mi wyraźne znaki. Jednak tak naprawdę cukry proste i trans oleje to dopiero czubek góry lodowej jeżeli chodzi o składniki żywności, której powinniśmy unikać.
Zdrowo nie znaczy bez smaku
Kiedy zaczęłam wprowadzać żywieniowe rewolucje w domu, rodzina zaczęła się buntować, podobnie jak ja na początku. W ich jadłospisie zaczęło brakować słodyczy, przekąsek, słodkich napojów. Sklepowy wózek był za to pełen pełnowartościowych produktów, których nie brakuje w żadnym sklepie. Wystarczy się tylko dobrze rozejrzeć i porównać składniki. Niemniej jednak zmiany zaczęłam wprowadzać zbyt drastycznie i bez zbędnych tłumaczeń, co było błędem. Dopiero kiedy wyjaśniłam mamie, dlaczego zupa pomidorowa na rosole będzie lepsza, niż na kostce, dotarło do niej że wszelkiego rodzaju Magi, Kucharki, Vegety i inne są zbędnym dodatkiem. Nie poszły co prawda od razu w kosz, ale przynajmniej mama uwzględnia, że ja tego nie zjem i stara się unikać przepisów od stóp do głów nafaszerowanych wzmacniaczami smaku.
Rodzina pomału zaczyna mi wierzyć, że owoce i warzywa też potrafią być smaczne. Że nie trzeba słodzić herbaty, by móc ją wypić i że po jakimś czasie nie będzie już ona taka gorzka. Że później wystarczy kosteczka czekolady, by czuć się zasłodzonym na tydzień. Że można gotować zdrowo i nie musi być codziennie mięso na obiad, że chleb wcale nie potrzebuje spulchniaczy i zatrzymywaczy wilgoci, że wypieki obejdą się bez proszku do pieczenia i cukru wanilinowego.
Początki są trudne, a walka z nawykami to chyba najcięższa praca, jaką może narzucić na siebie człowiek, ale warto! Eliminacja składników z naszego życia nie spowoduje pogorszenia smaku naszych ulubionych potraw, ale skreśli z listy potencjalne powody chorób, wzmocni naszą odporność, i poprawi samopoczucie.
Aktywność fizyczna
To kolejny krok do bycia fit. Niektórzy mówią, ze teraz moda na szczupłą sylwetkę, ale co w tym złego, że ludzie dążą do wymarzonej figury? Siłownie są okupywane, trenerzy personalni mają branie, ale moim skromnym zdaniem, nie trzeba od razu rzucać się na głęboką wodę. Czasami dobrym krokiem w tym kierunku będzie wyjście na spacer, albo wybór schodów zamiast windy. Takie proste wręcz czynności, a odrywają nas od ciągłego siedzenia.
Kiedy zrobi się cieplej sama planuję ruszyć w drogę z rowerem! Już teraz staram się dużo spacerować, czasami w domowym zaciszu rozkładam matę i wyginam się do ćwiczeń na mięśnie brzucha, czy stabilizację kręgosłupa.
Trzeba też pamiętać, że chudy nie zawsze znaczy zdrowy! Czasem idealna sylwetka to tylko napompowane mięśnie, a kondycja tak naprawdę ledwo zipie. Najważniejsza jest chęć ruchu, szczególnie jeśli praca i obowiązki zmuszają nas do ciągłego przebywania w jednej pozycji.
Zdrowa chemia
Warto zaznaczyć, że zdrowy styl życia to nie tylko jedzenie i ćwiczenia fizyczne. To także chemia w tym co nas otacza. Wszelkiego rodzaju kosmetyki codziennego użytku: w tym mydła, szampony, żele pod prysznic, a także proszki i płyny do prania - mają wpływ na nasze zdrowie. Warto więc studiować etykiety i zapoznać się ze składnikami wszystkiego, czym się otaczamy oraz dowiadywać się jaką rolę odgrywa dany składnik.
Dla przykładu mogę podać własne doświadczenia z tej dziedziny.
Po pierwsze moje zauroczenie lakierami hybrydowymi minęło zaraz po tym, jak na własnych paznokciach przekonałam się o niekorzystnym wpływie promieni UV. Skóra na moich palcach była brzydka i pomarszczona, niczym u starszej pani, a rdzeń paznokcia odklejał się od warstwy skórnej. Pewnie gdybym nie zaprzestała używania hybryd na tym etapie, skończyłoby się to o wiele gorzej. Trafiłam też w pewnym magazynie medycznym na wzmiankę o fali zachorowań na czerniaka podpaznokciowego. Oczywiście głównym sprawcą nowotworu było promieniowanie UV, za które wiele kobiet wydawało majątki, ciesząc się długą trwałością manicure.
Tak jak w żywności, szkodliwa chemia w kosmetykach podbija rynki zbytu i wcale nie jest przesadą unikanie:
SLS, SLES, parabenów, parafiny, aluminium, talcu, silikonów i innych. Mianowicie pod tymi nazwami kryją się związki chemiczne, silne detergenty, alergeny podrażniające skórę, wywołujące uczulenia, trądziki, a nawet zmiany hormonalne i mutacje skórne.
Ale znowu to oczywiście zaledwie czubek góry lodowej. Jednak na dokładną analizę, co jest dobre, a czego warto unikać poświecę już kolejny post. Tymczasem jeśli ktoś już nie może się doczekać zachęcam do prześledzenia stronki
www.naturnika.pl. Mi ona bardzo pomogła i dała świadomość, że w kosmetykach jest dużo więcej chemii niż nam się wydaje.
Ten przełomowy moment w moim życiu, kiedy wyparłam się na podsuwaną mi na każdym kroku chemię, miał miejsce jakieś pół roku temu. Od tej pory miałam już kilka wzlotów i upadków w moich postanowieniach, ale mimo wszystko nadal kurczowo trzymam się idei, że robię to dla własnego dobra. Nikomu nie narzucam swojego poglądu, chociaż czasem zwracam uwagę mamie na to co kupuje lub dorzuca do zupy. I cieszy mnie przeogromnie, że teraz praktycznie w każdym sklepie można znaleźć półeczkę ze zdrową żywnością; że coraz więcej ludzi jest świadomych, tego co znajduje się w jedzeniu; że powstają nowe apteki, czy małe sklepiki tylko z ekologicznymi i naturalnymi kosmetykami.
Co najważniejsze - wcale nie trzeba wydawać na to majątku. Wystarczy tylko świadomość, czego warto unikać i co wykluczyć z jadłospisu na stałe.