5 maja 2019

Praca

Tym razem to nie wina przypadku ani braku czasu, że tak długo mnie tu nie było. Minął marzec, cały kwiecień. Mamy maj. I tak od początku tego pięknego maja chodzi za mną przedziwne przeświadczenie, że powinnam tu coś naskrobać. A może nie powinnam, może chcę. Może to po prostu tęsknota?



Gdzie byłam i co robiłam, jak mnie nie było? W zasadzie nic takiego. Kiedy człowiek chodzi do pracy, każdy dzień jest niemal identyczny. Dni i tygodnie zlewają się ze sobą. Ciężko mi przypomnieć sobie, co robiłam dwa dni temu, o ubiegłym tygodniu nie wspominając. Nie licząc weekendów, wstaję codziennie o piątej rano. Mam pół godziny, żeby się ubrać, zjeść śniadanie, ogarnąć poranną toaletę. O 5:40, czasami pięć minut później wychodzę z domu. Jeszcze do niedawna w drodze towarzyszyła mi noc, teraz o poranku mogę podziwiać cudowne wschody słońca. Do pracy mam pięć kilometrów, więc zanim się obejrzę, jestem już na miejscu. Pracę mam fajną, nie mogę narzekać. Nogi czasem bolą, bo jednak 8 godzin na stojąco robi swoje, ale z dwojga złego wolę stać, niżeli siedzieć. Co robię? Wieszam ubrania na wieszaki. Bluzki, koszule, T-shirty, spodnie, spódnice, spodenki, rzadziej kurtki, płaszcze, sweterki. Najgorsze są piżamy, szczególnie te dwuczęściowe. Od żabek (wieszaków na spodnie) czasem bolą palce. Niby nic takiego, ale można sobie coś naciągnąć i wtedy na drugi dzień z rana ciężko rozprostować dłoń.

Nie zdziwiłam się też, kiedy po miesiącu pracy dopadły mnie moje bóle rąk. Zastane kości, mięśnie musiały w końcu się zbuntować, a że głównie rękami teraz pracuję, nie miałam innego wyjścia jak przeczekać ten stan. Smarowałam je maściami, brałam tabletki - pomagało, lecz tylko na chwilę. W końcu kupiłam chantelki, z nadzieją, że gdy wzmocnię swoje mięśnie, odciążę szkielet kostny i ból ustąpi. Tak też się stało. 

Raczej nie wiążę z tą pracą przyszłości, choć nie ukrywam, że fajnie by było dostać umowę na stałe. Teraz to właściwie nic tu nie jest pewne. Umowa na okres próbny przewiduje pół roku, ale w każdej chwili pracodawca może mnie ot tak zwolnić. Niby nie ma powodu, ale szefowa to raczej mało przewidywalna kobieta. Inna sprawa, że pracuję przez agencję pracy i na ten moment jestem od niej całkowicie zależna. Agencja zapewnia mi pracę i mieszkanie, choć z tym zapewnianiem to rożnie bywa... Nazwy firmy nie będę zdradzała, ale słowo daję, że z takimi niedorzecznościami, jak tutaj, spotykam się po raz pierwszy w swojej karierze zawodowej (i choć ona długa nie jest, to i tak wydaje mi się, że takie sytuacje nie powinny mieć w ogóle miejsca). 
A o co chodzi? Pierwsza niedorzeczność miała miejsce niecały miesiąc temu. Szefowa odwiedziła nas w pracy i poinformowała, że wszystkie cetle z godzinami z całego miesiąca zaginęły i żeby dostać wypłatę, musimy podpisać puste cetle. Podpisaliśmy, ale co to była za głupota z naszej strony! Nigdy więcej nie podpiszę już pustych dokumentów. Przecież ta kobieta mogłaby równie dobrze, nie wpisać tam nic i po naszych pieniądzach zaginąłby ślad. Tak źle oczywiście nie było, ale chcąc nie chcąc wypłata nikomu się nie zgadzała. Mnie brakowało pięciu godzin, inni z kolei dostali za dużo. Zdecydowana większość była jednak na tym stratna, dlatego nie mogliśmy puścić tego płazem. Wierciliśmy dziurę w brzuchu naszym koordynatorom, oni w desperackim geście bezradności rozkładali ręce. Jakiś czas po tym w pracy poproszono nas o zostanie na nadgodziny. Nadgodzin teraz nie ma wiele, więc chętnie zostaję, ale akurat wtedy zła na całą sytuację, miałam ochotę odmówić. Zasugerowaliśmy kierowniczce, że nie mamy najmniejszego zamiaru pracować za darmo ani dla przyjemności. Zmartwiona kobieta wykonała parę telefonów i o dziwo nasze zagubione godziny niemal od razu się znalazły! Jak to się stało, nie mam pojęcia. 
Druga niedorzeczność związana z firmą, w której pracuję, niedotycząca mnie już bezpośrednio, ale jednak odnosi się płatności za mieszkanie. Jak to w agencjach bywa, to ona zapewnia pracownikom dach nad głową. Tym razem firma wynajmuje dla nas cały pensjonat, za który oczywiście jest nam potrącane z wypłaty. Jak się jednak ostatnio okazało, właściciel pensjonatu ich wcale nie dostał. Przyszedł do nas i pyta, czy nie wiemy, co się dzieje w firmie, bo od pięciu tygodni nie ma z nikim żadnego kontaktu, a pieniędzy za mieszkanie wcale nie widział. Co więcej, nie może się do nikogo dodzwonić, a biuro cały czas jest zamknięte. Dzwoniliśmy do koordynatora, ale on ostatnimi czasy ciągle ma urlop. Byliśmy w biurze, ale pocałowaliśmy klamkę. Do głównej szefowej nie dzwonię, bo z nią to raczej nie warto wchodzić w dyskusję. Właściciel powiedział, że czeka jeszcze tydzień, ale co jeśli w tym czasie nadal nie dostanie pieniędzy? Wyrzuci nas z mieszkania? Mój mąż się śmieje, że trzeba kupić namiot.

16

3 marca 2019

Konsekwentnie do celu

Czy pamiętasz jeszcze swoje postanowienia noworoczne? Zacząć stosować dietę, nie jeść tyle słodyczy, zacząć chodzić na siłownię, ćwiczyć, biegać... Większość z nich pewnie właśnie tak wyglądała i założę się, że nie minął miesiąc, a co niektórzy na bank o nich zapomnieli! Należysz do tej grupy?



Postanowienia, noworoczne czy też nie, zawsze są krokiem w dobrym kierunku. Są motorem zmian, prowadzą ku lepszemu, kierują na dobrą drogę, ale nie zawsze są konsekwentne, a już na pewno nie często doprowadzane do końca. Czy da się to jakoś zmienić?


Po pierwsze: Moje szczere chęci

Postanowienia nigdy nie powinny wynikać z narzucanych nam opinii i zdania innych ludzi. Jeśli sam nie czujesz potrzeby zmiany albo wręcz przeciwnie - czujesz presję otoczenia, to nic z tego nie będzie. Ty sam musisz wiedzieć, czego chcesz i Ty sam decydujesz, jakie kroki w tym kierunku podejmiesz. 


Realna ocena sytuacji

Masz już cel i przygotowany plan działania, ale tak naprawdę wszystko to przekracza Twoje możliwości? Gwarantuję Ci, że w tym przypadku zapał będzie niebywale słomiany i wszystko pójdzie z dymem, zanim w ogóle się zacznie. Zanim podejmiemy pierwsze działania, warto dokładnie przemyśleć, jakie są nasze realne predyspozycje, zarówno fizyczne, psychiczne. jak i materialne.

Zaczynam tu i teraz 

Nie za miesiąc ani od przyszłego tygodnia. Nawet nie jutro, ale tu i teraz! W przypadku postanowień powiedzenie: Co masz zrobić dzisiaj, zrób pojutrze, będziesz miał dwa dni wolnego nijak się nie sprawdza. Jeśli nie weźmiesz się za to już, nie weźmiesz się w ogóle. Oczywiście tutaj też warto realnie rozplanować swój czas.

Zwątpienie i wewnętrzny leń

Każdy z nas nosi w sobie ziarno lenistwa, któremu od czasu do czasu pozwala zakiełkować i niby nic w tym złego, bo czasem trzeba umieć odpuścić, trzeba odpocząć i dać sobie czas, ale zazwyczaj wówczas pojawia się zwątpienie. Zadajesz sobie pytania: "A na co mi to?", "Po co właściwie to robię?". Tutaj niezwykle ważnym elementem jest motywacja, o której pisałam >tutaj<



Udało Ci się już zrealizować jakieś noworoczne postanowienie? Odniosłeś jakiś mały osobisty sukces? A może dopiero masz w planach coś zmienić w swoim życiu? 
28

3 lutego 2019

Może dorastanie wiąże się z rozczarowywaniem ludzi, których kochamy


Nie cierpię pożegnań. Zwłaszcza jeśli jest to pożegnanie na dłużej. Nigdy nie wiem jak się za to zabrać, od czego zacząć, co właściwie powiedzieć. Zwyczajne "do widzenia", czy "papa" wydają się w tym momencie nieodpowiednie. Niewystarczające. Pełna napięcia cisza wisi w powietrzu, ale nikt nie chce jej przerwać, jakby się bał, że przyczyni się do czegoś nieodwracalnego. Nasuwa się kolejny temat i tak oto moment uścisków i ckliwych półsłówek oddala się znowu. Czy samochód sprawny? Czy wszystko sprawdzone? Czy wszystko już spakowane. Dajcie znać, jak wyjedziecie, jak będziecie na miejscu. Będziemy w kontakcie. Niby typowe, ale ze zdań tych wyłania się troska, co jeszcze gorzej wpływa na mój stan emocjonalny.



Chciałam powiedzieć mamie, że ją kocham i żeby się nie martwiła, ale stchórzyłam. Nie po raz pierwszy zresztą. Jakoś ciężko nam takie wyznania przechodzą przez gardło. Ona nigdy tego nie robiła. Nie nauczyła mnie tego i nie jest to dla mnie naturalne. Mama okazywała i okazuje swoją miłość do mnie w całkowicie inny sposób, czasem ciężki do rozszyfrowania. Nidy nie byłyśmy ze sobą szczególnie blisko. Nie nazwałabym mamy swoją przyjaciółką. Jest mamą, po prostu. Mamą, przed którą ma się sekrety; mamą, do której dzwoni się raz w tygodniu; mamą, która denerwuje jak nikt inny. Jest najwspanialszą mamą na świecie, bo jest moją mamą. Pożegnałyśmy się zwyczajnie i przez chwilę żałowałam, że nie stać mnie było na więcej. Dopiero za drzwiami zrozumiałam, że ona nie tego ode mnie oczekuje. 

Nie raz i nie dwa powtarzała mi, że wolałaby, żebym nigdzie nie wyjeżdżała, że chciałaby, żebym była na miejscu. Ciepło mi się wówczas robiło na sercu, a jednocześnie włączała się tarcza ochronna: moje życie, moja sprawa. Nikt nigdy nie zapytał mnie, czego ja bym chciała. Jakie mam plany na życie. Co mnie kręci i daje mi radość. Jedna babcia ubolewa, że nie poszłam na studia. Druga, że wyszłam za mąż zbyt wcześnie. Rodzice uważają, że się szwendam po  świecie, a brat, że dzwonię zbyt rzadko. Każdy ma wobec mnie inne oczekiwania, a mi nie starczyłoby życia, żeby spełnić je wszystkie.

41

23 stycznia 2019

Przegląd filmowy #4

Okres zimowy trwa w zaparte, a długie wieczory, choć pomału ustępują, nadal czasem wydają się nieskończone, co w moim przypadku sprzyja oglądaniu filmów. Dziś pokrótce przedstawię zaledwie jedną trzecią tytułów, z którymi spędziłam ostatnie tygodnie.





Kronika Świąteczna 

Święta, święta i po świętach, ale netflixowe filmy w tym klimacie nadal błąkają się gdzieś po platformie, dlatego, jeśli ich jeszcze nie widzieliście, zaległości można jak najbardziej nadrobić. Ja podczas świąt co prawda nie narzekałam na nudę i nadmiar czasu, ale film bywał bardzo miłą odskocznią od zgiełku, więc chętnie w ten właśnie sposób odreagowywałam od nadmiaru wrażeń. A że uwielbiam świąteczne klimaty, perypetie związane ze zbliżającą się gwiazdką i Świętego Mikołaja w rolach głównych, nie mogłam przejść obojętnie obok Kroniki Świątecznej

O czym?
Rodzeństwo, które na co dzień za sobą nie przepada, postanawia tego roku nakryć Świętego Mikołaja. Ten niewinny pomysł ciągnie za sobą pasmo niefortunnych zdarzeń i tak oto Kate i Taddy trafiają do magicznych sań zaprzęgniętych w latające renifery. To dopiero początek tej historii, a później jest już tylko gorzej. Kaprys dzieciaków prowadzi do zniszczenia pojazdu Mikołaja, co z kolei skutkuje odwołaniem gwiazdki. Zawiedzione rodzeństwo postanawia zrobić wszystko - dosłownie - co w ich mocy, by ratować Boże Narodzenie. 




Zamiana z Księżniczką 

Kolejny bardzo popularny na Netflixie oraz, z tego, co zauważyłam wśród blogerek, film, który miałam okazję obejrzeć końcem grudnia to Zamiana z Księżniczką. Może nie jest do końca produkcja świąteczna, bo fabuła nijak nie odnosi się do Bożego Narodzenia (śnieg, prezenty i choinki się nie liczą), ale nie żałuję, że obejrzałam ten film, chociażby ze względu na piękną scenerię i swoją ulubioną aktorkę z młodzieńczych lat w rolach głównych. Poza tym był to bardzo przyjemnie spędzony czas, bo już dawno nie miałam okazji obejrzeć czegoś bardziej niewymagającego.

O czym? 
Stacy to zwykła dziewczyna, która z pasji i zamiłowania do wypieków prowadzi własną cukiernię. Gdy staje przed nią szansa wygranej w konkursie cukierniczym, pakuje walizki i wraz z przyjacielem i jego córką wyjeżdża na kilka dni zmierzyć się z najlepszymi cukiernikami na świecie. Jeszcze wtedy nie wie, że za chwilę będzie miała okazję wcielić się w rolę księżniczki, bo kiedy spotyka na swojej drodze dziewczynę, która jest łudząco do niej podobna, ta proponuje jej układ - kilkudniową zamianę ról - a to sprawia, że życie zwyczajnej cukierniczki z Chicago całkowicie się odmienia.  



Opowieść Wigilijna 

Tę historię zna chyba każdy, może trochę ze szkoły, trochę z filmu Disneya... Na pewno co nieco obiło Wam się o uszy. W tym roku obrałam Opowieść Wigilijną za film must watch podczas świąt i nie żałuję ani minuty spędzonej przed telewizorem! Ponadczasowa historia została niesamowicie zobrazowana piękną animacją, nad którą można się jedynie zachwycać. Polecam jednak zostawić sobie przyjemność z seansu co najmniej do kolejnych świąt i zasiąść wygodnie w fotelu zaraz przed wigilią. Warto poczekać! I warto wracać do tej historii co roku. 

O czym?
Ebenezer Scrooge to zatwardziały staruszek, który nie jest skory rozdawać ludziom chociażby przychylnego spojrzenia. Skąpiec, dusigrosz, a do tego niebywały maruda, którego ciężko zadowolić. Źle traktuje ludzi, jest zrzędliwy i niemiły, do tego stopnia, że boją się go nawet dzieci, a dorośli wolą nie mieć z nim do czynienia. Dzień przed wigilią Ebenezera odwiedzają duchy. Najpierw ukazuje mu się zmarły przyjaciel Marley, który ostrzega go przed samym sobą i przestrzega, że jeśli staruszek nie zmieni swojego podejścia do ludzi, skończy tak jak on - owinięty w łańcuchy. Ebenezer nie bierze tego do siebie zbyt poważnie, ale zaraz potem ukazuje mu się kolejny duch. Tym razem jest to duch przeszłych wigilii, który ukazuje staruszkowi jego młodzieńcze lata i to, jaki kiedyś był a był całkowicie inny. W staruszku zaczyna kiełkować tęsknota do dawnych pełnych optymizmu lat. Następny duch to duch tegorocznej wigilii. Tym razem ukazuje on Scrooge'owi to, co wydarzy się w najbliższym czasie. Ebenezer widzi, jak jego własna rodzina drwi z niego i szydzi. Jest również świadkiem przykrych doświadczeń w domu swojego pracownika, na co serce bohatera zaczyna topnieć. Trzeci i zarazem ostatni gość, to duch przyszłych wigilii. Jest on dla staruszka istnym koszmarem, ponieważ ukazuje mu, jego własną śmierć i co gorsze - szczęśliwych ludzi, których ucieszyła ta wiadomość.



Czarna Pantera

Za produkcjami Marvela nie przepadam i ten film też mnie szczególnie nie urzekł. Na pewno z własnej woli nie sięgnęłabym po ten tytuł, więc jak się zapewne domyślacie, oglądałam go z mężem, który lubi takie trochę sci-fi o bohaterach, którzy ratują świat. Był może trochę... inny? Na swój sposób dziwny, ale nie można tej historii odmówić polotu, a tym bardziej świetnego wykonania, bo scenografia jest rewelacyjna! 

O czym?
Wakanda to biedne państwo gdzieś pośrodku Afryki. Tak przynajmniej myśli większość, ale tylko nieliczni wiedzą, jak naprawdę zamożny jest ten kraj. Wydzielony, strzeżony, niedostępny dla nikogo z zewnątrz, a jego technologia nie mieści się w granicach ludzkiej logiki. Erik, jeden z Wakandajczyków który wychował się w USA, ma za złe królowi, że skazał jego rodzinę na biedniejsze i niezbyt szczęśliwe życie pośród białych obywateli. Po jego śmierci próbuje zrzucić z tronu syna T'Challę - następcę tronu, chcąc tym samym otworzyć Wakandę na resztę świata.



Sekretne życie Waltera Mitty

Jakiś czas temu szukałam filmów, które mogłabym obejrzeć wraz z całą rodziną. Miało to być coś przyjemnego, niezobowiązującego, lekkiego. Tym oto sposobem poznałam tytuł Sekretne życie Waltera Mitty, który w istocie jest lekkim w odbiorze film. Wyróżnia go przyjazna, wręcz błoga, ale nie nudna fabuła; niesamowite ujęcia i kadry; dobra muzyka oraz bohater, którym może być każdy z nas i jego zwykłe życie przesiąknięte niezwykłymi marzeniami.

O czym?
Walter Mitty to marzyciel uciekający w świat wyobraźni. Raczej spokojny, opanowany, niedający po sobie poznać, co mu w duszy gra, lecz kiedy grozi mu zwolnienie z pracy, Walter stawia wszystko na jedną kartę i wyrusza w przygodę życia, która przechodzi jego najśmielsze oczekiwania. 



Mów mi Vincent

Kolejny tytuł, który również napatoczył się przy okazji szukania czegoś w sam raz dla każdego. Mów mi Vincent to film o łudząco podobnej fabule do Odlot Disneya. Główny wątek jest niemal identyczny, bohaterowie mają podobną kreację, jedynym urozmaiceniem jest bieg wydarzeń, bo o ile w Odlocie Carl zakłada swój dom na plecy i wyrusza w drogę, a przy okazji pląta się przy nim mały dzieciak, tak tutaj Vincent nigdzie się nie wybiera, jest raczej zgryźliwym dziadkiem, którego i tak wszyscy lubią, a mały Oliver odkrywa jego tajemnice z przeszłości i w ten sposób Vincent staje się bohaterem. Ciekawi? 

O czym?
Matka z synem wprowadzają się do domu obok Vincenta. Ten nie jest zbytnio zadowolony, a już na pewno nie podoba mu się to, że nowa sąsiadka Maggie prosi go o przysługę, by ten zajął się jej synem Oliverem. Z braku laku mężczyzna w końcu przystaje, ale oczywiście nie za darmo. Opieka nad dzieckiem słono kosztuje, ale on jakoś musi uregulować swoje długi. Oliver jest grzecznym chłopcem. Zbyt grzecznym, żeby radzić sobie z kolegami w szkole, dlatego doświadczony przez życie Vincent udziela mu cennych wskazówek, jak sobie radzić. Bójka w szkole doprowadza do tego, że ojciec Olivera chce odebrać matce syna pod pretekstem złego wychowania, czym Maggie oczywiście obwinia Vincenta. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy jego żona umiera, a kochance zbliża się termin porodu.  



Hotel Transylwania - wszystkie części


Do obejrzenia tego filmu zachęcał mnie mój mąż, ale z racji tego, że uwielbiam filmy animowane, nie musiał długo tego robić. Hotel Transylwania już od jakiegoś czasu widniał na mojej liście filmów do obejrzenia. Obejrzałam i nie mogłam się doczekać więcej! 

O czym?
Hotel Transylwania to film o Hrabi Dracula, jakiego dotąd nie znaliśmy. Wrażliwy i empatyczny. Odczuwa ludzkie emocje nawet takie, jak strach. Co najlepsze, nie jest on jedynym potworem, który za prawdziwych tyranów uznaje ludzi. Hrabia z troski o swoją córeczkę Mavis pragnie odizolować ją od reszty świata i dlatego na kompletnym odludziu zleca budowę hotelu, do którego zresztą mają wstęp jedynie potwory. W 118 urodziny Mavis do hotelu przybywa nieproszony gość - człowiek. Drakula próbuje przed wszystkimi ukryć fakt, że w hotelu znajduje się groźny tyran, ale jak się okazuje, wszyscy bardzo szybko się z nim zaprzyjaźniają. Szczególnie Mavis. 

W części drugiej Mavis i Johny spodziewają się syna, a Dracula szaleje, ponieważ bardzo zależy mu na tym, żeby jego wnuk wykazywał wampirze zdolności. Kiedy rodzice Dennisa wyjeżdżają na kilkudniowy urlop, hrabia daje z siebie wszystko i próbuje dzieciaka przekształcić w wampira.

Trzecia część to romantyczna historia w z Draculą i Ericą Van Helsing - prawnuczką Van Helsinga - w rolach głównych. Odwieczni wrogowie przekonują się na własnej skórze, że potężniejsza od nienawiści jest miłość.


Bohemian Rapsody 


Niech wisienką na torcie tego wpisu będzie długo wyczekiwany przeze mnie film o życiu Freddiego Mercurego oraz jego karierze w Queen. Chyba nikomu nie trzeba przedstawiać osoby, jaką był Freddie ani jego głosu, bo dam sobie rękę uciąć, że chcąc nie chcąc słyszeliście niejedną z piosenek zespołu. Na seans wybrałam się do kina i naprawdę nie żałuję tej decyzji, gdyż oglądanie tego filmu w domu z pewnością pozbawiłoby mnie wielu wrażeń dźwiękowych, a mimo że piosenki Queen znam i mam je dosyć dobrze osłuchane - wciąż uwielbiam! 

O czym? 
Oczywiście o początkach kariery Queen oraz narodzinach wielkiej gwiazdy, jaką jest Freddie Mercury. O rozwoju gruby oraz jej późniejszej działalności. O dziwactwach Frediego, o jego kaprysach i zachciankach. Choć fabuła w dużej mierze skupia się na samej osobie Mercurego, ciężko jest określić tan film jako biograficzny. Jest to raczej coś jak kronika zespołu. Ważne wydarzenia z działalności grypy przeplatają się ze wspomnieniami wokalisty.  




Dajcie znać, czy widzieliście któryś z wyżej wymienionych filmów! Jak wrażenia? Może macie zamiar dopiero obejrzeć te produkcje? A może polecacie coś podobnego, co by mnie zainteresowało? 
35

10 stycznia 2019

Kosmetyczne denko #3

Okres świąteczny nadal trwa, dlatego tym razem kosmetyczne denko pojawia się w nieco bardziej przyozdobionej odsłonie. Wpisy tego typu dodaję co kilka miesięcy, ponieważ nie lubię się rozdrabniać. Nie robię comiesięcznego podsumowania zużyć, bowiem nie jest to blog stricte kosmetyczny, a poza tym są też miesiące, kiedy do pudełka z odpadami nie trafia nic.
Jesteście ciekawi, co tym razem sięgnęło dna i jakie jest moje zdanie na temat zużytych kosmetyków?




Pielęgnacja twarzy 


Standardowo zacznę od góry. Na pierwszy rzut idą kosmetyki do pielęgnacji twarzy i tak oto na zdjęciu poniżej (od prawej) można zauważyć próbkę Mineralnego Peelingu Oczyszczającego Perfecta, którego głębszą analizę przeprowadziłam w ostatnim denkowym wpisie. Peeling bardzo lubię i często do niego wracam, ale nie chcę się powtarzać, dlatego zainteresowanych zapraszam tutaj - KLIK. Obok saszetki z peelingiem są dwie próbki kremu Bielenda. Jako że były to opakowania jednorazowe, nie mogłam po ich zastosowaniu wyciągnąć głębszych wniosków. Kremiki ładnie pachniały, miały bogatą, lekko tłustą konsystencję, ale dobrze się wchłaniały. Tyle moich spostrzeżeń.


Avon ClearSkin Pore & Shine Control Deep Cleansing Facial Toner to nic innego jak kolejny tonik od Avon. Tym razem płyn ma za zadanie wyssać z naszej twarzy ciemne zaskórniki, zredukować widoczność porów oraz zapobiegać świeceniu się cery. Czy daje radę? Pół na pół. Zaskórników raczej nie wysysa, ale na pewno zwęża pory i niemiłosiernie wysusza! 

Płyn Micelarny 3w1 Garnier skóra wrażliwa spisał się u mnie rewelacyjnie. Bez problemu zmywał makijaż, tusz nie miał z nim żadnych szans i był nawet bezlitosny nawet dla kosmetyków wodoodpornych, chociaż w tym przypadku potrzeba było więcej cierpliwości. Nie podrażniał oczu ani ust. Nie wysuszał ani nie zapychał. Po jego użyciu skóra była świeża i oczyszczona. Doskonale spełniał swoją funkcję jeśli chodzi o demakijaż. Jedyne co mnie w nim denerwowało, to fakt, że płyn delikatnie pienił się na waciku rozprowadzony po skórze.

Ziaja, Oczyszczanie - Liście Manuka, Pasta do głębokiego oczyszczania przeciw zaskórnikom to mój kosmetyczny hit! Po przeanalizowaniu składu byłam co prawda średnio zadowolona, bowiem w kosmetyku znajdują się aż dwa parabeny, SLS, a drobinki peelingujące to zwyczajny plastik, a mimo to pasta działa! Naprawdę działa! Moja cera mieszana w końcu została ujarzmiona. To pierwszy kosmetyk, który sobie z nią poradził i to już po tygodniu regularnego stosowania. Z mojej buzi znikły wszystkie pryszcze, zaskórniki zostały zneutralizowane, pory oczyszczone. Cera już się tak nie świeci na co dzień, a nawet popękane naczynka są w dużo lepszej kondycji. Zaraz po zastosowaniu buzia jest gładka, mięciutka, świeża i bez żadnych podrażnień. 

Magic Peel, czyli peeling gruboziarnisty do cery mieszanej i tłustej Bielenda to... z pewnością nie peeling gruboziarnisty! Owszem, jest to przyjemna zdzierka, ale producent stanowczo przesadza, szczycąc się tą gruboziarnistością... To raczej tłustawy krem z małymi drobinkami, których też nie ma nie wiadomo ile, ale generalnie przyjemnie myje, oczyszcza i ściąga martwy naskórek. Podczas masowania jego kolor niemal natychmiast zmienia się z białego na zielony, ale to raczej zbędny bajer. 



Oczyszczająca maska kaolinowa z glinką Ziaja, to raczej produkt nie dla mnie. Miałam kilka podejść do tej maseczki z lepszym bądź gorszym skutkiem, ale mimo wszystko cudów ona u mnie nie zdziałała. Maseczka ma kremową konsystencję. Szarawa z koloru, tłusta w dotyku, ale po nałożeniu na twarz lekko zastyga, tworzy coś ala skorupę, dlatego ja osobiście wolę nakładać jej mniejszą ilość i tym samym wystarcza mi jej na dłużej. Jedna saszetka to koło 2/3 aplikacje. Oczyszczające działanie nie przyniosło u mnie większych skutków. Zauważyłam za to delikatne podrażnienia w postaci czerwonych plam na twarzy, które nie chcą zniknąć przez długi czas.

A`pieu, Strawberry Milk oraz Green Tea Milk,  czyli maski do twarzy w płacie to natomiast istna rewelacja! Zaraz po otwarciu saszetek uderzył mnie przepiękny, intensywnie mleczny i co najważniejsze niechemiczny zapach. Płachty były intensywnie nasączone pachnącym, nieco lepkim płynem. Materiał trochę źle wykrojony. Płachty były zdecydowanie za duże (lubiły się rolować i zsuwać), ale przymykam na to oko, bowiem pokochałam efekt, jaki zdziałały! Płachty były wilgotne przez cały czas noszenia masek, a nawet i dłużej. Cudownie nawilżały i odżywiały buzię. Moja twarz była gładka, mięciutka i jędrna. Zniknęły wszystkie suche skórki, buzia przybrała kolorów i zdrowego wyglądu. Polubiłam to! To naprawdę szklanka mleka dla mojej cery!

Ostatnia maseczka w tym zestawieniu to Dead Sea Mud od 7th Heaven, czyli głęboko oczyszczająca maseczka z minerałami z morza Martwego. Cóż, tej maseczki również nie da się nie lubić! Cudowny świeży zapach minerałów, lekko scrubowa konsystencja i jej konsekwentne działanie to czynniki, które składają się na to, że jeszcze nie raz i nie dwa będę chciała sięgnąć po ten kosmetyk. 


Pielęgnacja włosów i skóry głowy



Dry Shampoo widoczny na zdjęciu został zakupiony w Lidlu i nie mam pojęcia, co to za marka, ale jest jak najbardziej godna polecenia. Opakowanie 200 ml kupiłam za śmieszne pieniądze, a produkt spisywał się równie dobrze, co markowe Batiste i inne tego pokroju szampony. Jedyny minus to zapach. Jakoś wszystkie wydają mi się zbyt intensywne, a ten tu "egzotic fruit" to już szczególnie! 

Szampon do włosów normalnych  to kolejny fajny szampon, jaki proponuje nam O`Herbal. Niezmiennie naturalny skład, przyjemny delikatny zapach i niezawodne działanie tym razem ubogacone w ekstrakt z brzozy. Szampon delikatnie czyści i odświeża włosy i skórę głowy. Jest bardzo przyjemny w użyciu. Nie trzeba nakładać go dużo, żeby dobrze się pienił, co zwiększa jego wydajność. Nie podrażnia i nie spowodował u mnie łupieżu, co niestety często się zdarza, jeśli szampon mi nie podejdzie. 

Micelarny szampon do włosów przetłuszczających się Nivea to natomiast kolejny super produkt taj marki, który z pewnością trafiłby do ulubieńców, jeśli tylko prowadziłabym tę serię! Dobrze się pieni, nie podrażnia, cudownie oczyszcza i odświeża włosy, które po wyschnięciu są leciutkie i uniesione. I chyba głównie za to uwielbiam ten produkt, bo z przetłuszczaniem się nic się nie zmieniło - przy jego stosowaniu nadal musiałam myć włosy codziennie.  



Avon, Advance Techniques Odżywka do włosów 'Lekka objętość' to jedna wielka obiecanka cacanka! Nie wierzcie w zdjęcia, co reprezentują linię tych odżywek w każdym katalogu Avon. Po tym produkcie wcale nie będziemy miały "lekkiej objętości", a nawet "ciężkiej objętości", chociaż słowo "ciężki" doskonale opisują to, w jakim stanie były moje włosy po jej zastosowaniu. Jedyne plusy tego produktu to ładny zapach i ułatwianie w rozczesywaniu, ale co z tego, kiedy włosy przetuszczały się po niej z prędkością światła?


Pielęgnacja ciała



Dairy fun, Fizzing Bath Bombs, czyli musujące kule do kąpieli to istny był istny raj dla mojego czułego na piękne zapachy nosa! Ich śmiałe, rześkie i intensywne zapachy bardzo kojąco działały na zmysły, ale na tym niestety się skończyło. Kule były bardzo przeciętne. Ciężko było wydobyć je z opakowania, a po wrzuceniu do wody tylko lekko zasyczały. Generalnie bez efektu wow. A po zastosowaniu? Skóra lekko się kleiła.

Żel pod prysznic 'Gruszka i Aloes' to kolejny wyjątkowy i niezastąpiony produkt od Dove. Głęboko nawilża, dobrze oczyszcza, pięknie pachnie, a przy tym pozostawia skórę jedwabiście gładką. Konsystencja kosmetyku jest typowo kremowa, jak na Dove przystało. Łatwo i przyjemnie się rozprowadza, dobrze się pieni. Żel otula skórę niczym jedwabisty materiał. Dobrze oczyszcza, jest delikatny i nie podrażnia. Po użyciu skóra jest gładka i nawilżona. Przy dłuższym stosowaniu jej stan znacznie się poprawia.

Kolejny żel pod prysznic tym razem od Palmolive już taki fantastyczny nie był, bowiem moja skóra zareagowała na niego czerwonymi plamami. Co prawda ładnie pachniał, a zapach ten utrzymywał się przyjemnie na skórze przez dłuższy czas, konsystencja była lekka i delikatna, ciało odświeżone, ale widocznie jakiś składnik był mocnym alergenem, skoro moja niewymagająca skóra dawała znaki ostrzegawcze w postaci zaczerwienień.  

Alverde mleczko do ciała byłoby naprawdę fajnym mleczkiem, gdyby nie jego zapach. Naturalne balsamy do ciała, póki co nie kojarzą mi się dobrze, a tym bardziej te firmowe DM'a. Pamiętam, kiedy w sklepie uparłam się, że wypróbuję w końcu jakiś naturalny nawilżacz, i koniec końców wybrałam ten o najmniej drażniącym zapachu. Teraz nie chcę myśleć, jak nieznośnie muszą pachnieć inne!



7 mleczek oraz kosmetyk w brązowym opakowaniu to kolejne mydła Linda, które niezbyt mi podeszły. Już kolejny raz daję szansę tej biedronkowej marce, ale poza zapachem nic mnie w tych produktach nie przekonuje. Już kiedyś wspominałam, że żeby dobrze umyć ręce i mieć względne poczucie świeżych dłoni muszę myć je dwa razy. Poza tym mydełka bardzo wysuszają i raczej nie są przyjazne dla skóry.    

Facelle, chusteczki do higieny intymnej to rzecz raczej obowiązkowa w każdej damskiej torebce! Na pewno każda z nas miała kiedyś kryzysową sytuację, kiedy koniecznie musiała skorzystać. W takich przypadkach warto mieć pod ręką mokre chusteczki, a jeszcze lepiej, jeśli są one przeznaczone do higieny intymnej! Te tutaj są naprawdę w porządku. Dobrze nawilżone, duże po rozłożeniu i wyjątkowo delikatne. Nie ma mowy o podrażnieniu. Opakowanie jest niewielkie, zgrabne, ale wydajne. Dobrze utrzymuje wilgoć i chusteczki do końca opakowania nie wysychają. Polecam każdej kobiecie.



Treaclemoon, Marshmallow Heaven - Krem do rąk z olejkiem morelowym kupiłam go w ciemno, ale polubiłam niemal od razu. Okazało się, że kremik jest bardzo przyjemny w stosowaniu. Niemal natychmiast nawilża ręce, które po zastosowaniu stają się gładkie i delikatne, a ponadto kosmetyk ma bardzo intensywny, piękny zapach, który utrzymuje się na skórze przez baaaaardzo bardzo długi czas! Kiedyś nawet ktoś myślał, że to moje perfumy :)

Garnier, Mineral, Pure Active antyperspirant już miałam spisywać na straty, kiedy nagle odkryłam jego logikę! On zapobiega poceniu się w ogóle. Nie tu i teraz, zaraz po spsikaniu się, ale w miarę jego używania, jest skuteczny coraz bardziej. A wszystko zaczęło się tak, że przez pierwsze dwa tygodnie używałam go i byłam rozczarowana kompletnym brakiem skuteczności. Już chciałam wyrzucić go do kosza, kiedy nagle spostrzegłam, że kurczę, nie pocę się! Pod koniec opakowania moje plamy pod pachami były rzadkością, a używałam go co 2 /3 dni.

Skarpetki eksfoliujące Comfort + od Bielendy to miał być złuszczający zabieg dla moich stóp. Co prawda nie narzekałam wcześniej na bardzo zrogowaciałe pięty. Skóra tam była zwyczajnie sucha i lekko zgrubiała i czasem nawet najbardziej nawilżające kremy nie dawały rady, więc po intensywnym lecie, chciałam ulżyć zgrubiałej skórze. Niestety skarpetki skapitulowały, a nadmieniam po raz drugi, że moje pięty wcale do krytycznych nie należały! Ot zwyczajne stopy. Liczyłam na efekt wow po złuszczeniu, ale niestety się przeliczyłam, a zrobiłam wszystko, jak należy i zgodnie z instrukcją. 

Cleaner kosmetyczny to jakoś no name, zamówiony na Allegro, ale nie ustępuje miejsca nawet temu z Semilaca, wiec jak najbardziej polecam, bo działanie to samo a cena znacznie niższa!  


Zapachy



Oriflame, Amazing Paradise EDP 

Dostałam ten perfum w spadku od swojej teściowej, bo zapach nie przypadł jej do gustu. Ja byłam nim oczarowana, ale do czasu...

ZAPACH
Mocny, intensywny. Lekko kwaśny. W takim wydaniu bardzo mi się podobał, ale niestety po rozpsikaniu go na skórze okazało się, że zapach się zmienia. Dostosowuje się do PH skóry i niestety w moim przypadku staje się kwaskowaty aż nie do zniesienia. Jeśli chodzi o trwałość, nie popisują się w tym aspekcie. Perfumka szybko się ulatnia i dobrze!

FLAKON
Szklany. Masywny, ale subtelny. Bardzo ładny, w niebieskim kolorze, estetyczny. Zamknięcie ma bardzo ciekawy design, aczkolwiek nie jest stabilne. Istnieje bardzo duża możliwość, że gdzieś w otchłaniach torebki korek sam się odetka, a tego byś my nie chciały. Generalnie flakonik jest bardzo ładny, prestiżowy jak na Oriflame przystało.



Bruno Banani, Pure Woman EDP  


ZAPACH
Ten do mnie przemawia! Słodko gorzkie nuty, które możemy wyczuć w bardzo zmysłowej szalonej mieszance. Typowo kobiece, trochę z klasą, trochę porywcze, trochę dla pań w białych bluzkach i ołówkowej spódnicy, które po godzinach lubią pokazać pazura. Słodkie, ale nie duszące. Z lekką wyczuwalną goryczką. Do tego bardzo ciekawa buteleczka i super trwałość! Można wyczuć je na skórze po wielu godzinach noszenia. Jeszcze dłużej utrzymują się na ubraniach. To moje ulubione perfumy!



Vittorio Bellucci, Essence Vernissage EDP


Dostałam te perfumy w prezencie. Z początku nie byłam przekonana do zapachu. Zbyt delikatny, świeży niczym płyn do prania... Z czasem jednak doszłam do wniosku, że to idealny zapach na co dzień.

ZAPACH
Jak pisałam wyżej, zapach jest delikatny i subtelny. Z początku ciężko stwierdzić czym pachnie. Mnie zalatywał dopiero co zrobionym praniem. Jeśli przyjrzeć mu się bliżej można doskonale wyczuć lekkie kwiatowe nuty oraz woń cytrusów. Mandarynki? Zapach jest średnio trwały. Na skórze utrzymuje się do dwóch/trzech godzin.

FLAKON
Z białego szkła z zielonymi napisami. Wizualnie bardzo przeciętny. Nie rzuca się w oczy ani nie przyciąga wzroku. Raczej standardowy kształt. Zamknięcie przypomina diament, ale nie sprawdza się. Nie chroni atomizera przed otwarciem, bo lubi odskakiwać.




Uff, dobrnęliśmy już do końca denka! Na szczęście to wszystko, co mam na dziś do pokazania. Używałyście tych kosmetyków? A może do czegoś Was przekonałam?  

51