19 marca 2018

Życie - ciągła walka

Nigdy nie chciałam dorastać. Okres dzieciństwa był dla mnie bardzo beztroski. Kiedy teraz wspominam sobie ten czas, wydaje mi się, że to bajka; że taka nirwana jest niemożliwa. A jednak była. Nie dotyczyły mnie żadne problemy, obowiązków było tyle, co nic,  czas nie miał znaczenia. Już wtedy mówiłam, że nie chciałabym być dorosła. Nigdy nie ciągnęło mnie do maminych szminek, czy butów na obcasie. Nigdy nie interesowałam się sprawami "nie dla dzieci". Wiedziałam, że dorośli muszą chodzić do pracy, płacić rachunki i załatwiać milion innych bezsensownych spraw.


         Okres dojrzewania wprowadzał mnie pomału w ten duży świat, chociaż broniłam się przed tym rekami i nogami. Mama często powtarzała mi, że czas już zmądrzeć, że trzeba myśleć realniej na niektóre sprawy i przede wszystkim stać się odpowiedzialnym za swoje czyny i decyzje. Starałam się taka być, ale w głowie jeszcze miałam fiu bździu. To był czas pierwszych miłości, randek z chłopakami i ogólnie buzowania hormonów. Jak większość nastolatków i ja w tym czasie przeżywałam bunt. Pamiętam kłótnie z rodzicami o godzinę policyjną, o to, że mogę się spotykać, z kim chcę i kiedy chcę. Nawiasem mówiąc, nigdy nie należałam do grona tych imprezujących. Do tej pory nigdy nie byłam w żadnym klubie, a alkoholu nie piłam do osiemnastu lat. Trzymałam się raczej stałego grona koleżanek, a mimo wszystko rodzice stawiali mi jasne warunki, które przeszkadzały typowej nastolatce, bo trochę wstyd wracać z randki o 22.00. Walczyłam o swoją wolność - tak to wówczas nazywałam. Chciałam trochę więcej luzu i przestrzeni. Nie rozumiałam, dlaczego przed każdym wyjściem z koleżankami, musiałam prosić o pozwolenie i tłumaczyć gdzie i po co idę, a każde spóźnienie było srogo respektowane. Czasami nawet bałam się wracać do domu, bo z góry zakładałam, jaka będzie reakcja mamy. Czasem miałam szlaban, czasem była zła za nieprzestrzeganie umowy, mimo że ja się tak nie umawiałam! Czasem przymknęła oko na moje wykroczenia.
       Tak więc ten nastoletni wiek minął mi dosyć burzliwie, ale mimo wszystko wspominam go bardzo dobrze. Pomimo tych wszystkich kłótni i płaczów śmiem twierdzić, że był to jak na razie jeden z lepszych okresów w moim życiu. 
      Wczesne wchodzenie w dorosłość również przyniosło mi wiele doświadczeń. Po osiemnastce chyba każdemu trochę odbija, bo wydaje się nam, że jesteśmy już nie wiadomo jak dorośli. Ja też nie odbiegałam od tej reguły... Zaliczyłam wtedy swoje pierwsze alkoholowe przygody, co oczywiście też nie umknęło uwadze rodziców. Niemniej jednak nie żałuję tych wybryków, bo dzięki nim, przekonałam się, że alkohol to zguba ludzkości. Do dziś dnia mało kiedy sięgam po kieliszek, a jeżeli już to ewentualnie wina.
     Kolejnymi tematem kłótni i walk były wakacje z chłopakiem. Rodzice nie mogli przeżyć, że wyjeżdżam na 3 dni z nim sam na sam, chociaż mieliśmy już wtedy po 19 lat. Oczywiście nie obyło się bez obietnic, że do niczego między nami nie dojdzie. Tak, mamo, jesteśmy odpowiedzialni i wiemy, czym skutkuje seks.  

Od tamtego czasu, nie minęło wiele. Skończyłam szkołę z wyróżnieniem, dobrze napisałam maturę i nagle stanęłam w obliczu miliona pytań odnośnie mojej przyszłości. Nie po drodze były mi studia, choć obydwie babcie do dzisiaj się z tym nie pogodziły. Wyjechałam z ukochanym do Niemiec do pracy. O dziwo, tym razem nikt nie miał nic przeciwko. Pół roku wspólnego mieszkania niesamowicie nas do siebie zbliżyło. Nawet nie przypuszczałam, że tak dobrze będziemy się dogadywać, żyjąc pod jednym dachem. Dużo się o sobie dowiedzieliśmy, znikało wcześniejsze skrępowanie, nauczyliśmy się otwarcie ze sobą rozmawiać o wszystkim i stawiać czoła codziennym problemom. Chyba nabrałam trochę pokory i cierpliwości. Dowiedziałam się, że w chwilach kryzysu najważniejszy jest kompromis, a swoją codzienność budowaliśmy na zaufaniu, szczerości i czułości. 
       Dla naszego związku był to skok na bardzo głęboką wodę, ale jestem pewna, że zdaliśmy egzamin, bo wracając do domu, podjęliśmy decyzję odnośnie wspólnego zamieszkania również w Polsce. Oznajmienie tego naszym rodzicom nie było łatwe. Początkowo kręcili nosami, ale koniec końców się zgodzili. Moja radość nie miała końca! Byłam bowiem przekonana, że znowu będę musiała walczyć o swoje racje. Początkiem marca już nawet rozpoczęliśmy przeprowadzkę, kiedy nagle coś się odmieniło. 
          Rodzice nagle stwierdzili, że wspólne mieszkanie przed ślubem to nie po bożemu. Może faktycznie nie jest to respektowane przez Kościół, ale ja nie mam zamiaru rezygnować ze swojego szczęścia, tym bardziej że za kilka miesięcy ponownie wyjedziemy i znów będziemy mieszkać razem, a na ślub zwyczajnie nas nie stać. Ta sytuacja to teraz zaledwie czubek góry lodowej. Znowu ingerencja rodziców w moje życie... Znów kłótnie, płacz i nerwy.

Czasem mam tego zwyczajnie dość. Nie chcę drzeć kotów z moimi rodzicami. Nie chcę z nimi polemizować, bo żadna dyskusja z nimi nie ma większego sensu. Oni i tak wiedzą swoje, wiedzą lepiej. Moje argumenty są niczym w porównaniu z ich życiowym doświadczeniem. Czasami mi przykro, że tak to właśnie wygląda; że żeby postawić na swoim muszę wciąż walczyć o tę wolność i poszerzanie horyzontów. Bo nie liczą się moje uczucia ani moje szczęście, tylko ich racja. Wiem, że rodzice nie chcą dla mnie źle, ale czasami mam ochotę zatrzasnąć drzwi i przenieść się do krainy, gdzie w końcu będę mogła sama o sobie decydować i ponosić konsekwencje własnych decyzji. Może oni faktycznie kierują się troską o moje dobro, ale ja czasami nie potrafię tego dostrzec. Może ranię ich swoim pochopnym postępowaniem, ale oni ranią mnie brakiem zaufania i zrozumienia. Nie oczekuję od nich akceptacji moich decyzji. Nie muszą się z nimi zgadzać, ale niech chociaż postarają się zrozumieć i nie przekreślać na starcie.


A może tak miało być, że przez cały ten czas miałam nauczyć się walki o swoje? Może to miało mnie przygotować do stawiania czoła dyskusjom. Uodpornić na wielkie emocje i wzbudzanie we mnie poczucia winy?
Bo dzisiaj jakbym trochę mniej się przejmowała. Jakbym się trochę wyciszyła. Jak mantrę powtarzam sobie "co ma być, to będzie, ale ja i tak to zrobię!"

22 komentarze:

  1. Rodzice za nas życia nie przeżyją... Rozumiem, że ich zachowanie jest kierowane przede wszystkim przez troskę, ale kiedyś trzeba odciąć pępowinę. Nie wiem jak u Ciebie to wygląda, oczywiście inaczej jest jak ma się swoje pieniądze i żyje oddzielnie, a inaczej jak rodzice utrzymują dorosłe dziecko. Jeżeli utrzymują to czują się władni do wtrącania się i ustawiania życia. Ale jeżeli już jest się w pełni samodzielnym, to nie trzeba ich pytać o zgodę z kim chce się mieszkać. Rodzice mają prawo tego nie akceptować, ale nie mogą tego zabronić. Trzeba się pogodzić z tym, że ma się inne spojrzenie na życie i plany, a rodzice mają inni. Nie trzeba się zgadzać, tylko z szacunkiem różnić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło, że mnie rozumiesz! Właśnie tak jest w moim przypadku. Aktualnie nie pracuję, ale mam pieniądze na życie i powiedzmy, że utrzymuję się sama. Mieszkając w domu rodzinnym sama kupowałam sobie jedzenie, płaciłam rodzicom za rachunki oraz dokładałam się do wszystkich opłat. Jednak stwierdziliśmy z ukochanym, że chcemy mieszkać razem, a skoro jego przeprowadzka do mnie była niemożliwa, stwierdziłam że przeprowadzę się ja. To oczywiście wywołało lawinę sprzeciwów, ale raczej już spełniam wszystkie kryteria, by móc decydować o sobie sama.
      Podejmując decyzję o przeprowadzce, nie pytałam o zgodę, ale jednak byłoby mi miło, gdyby rodzina zaakceptowała taką sytuację. Niczego innego nie oczekuję.

      Usuń
  2. Ja akurat nigdy nie musiałam toczyć wojny z rodzicami o mieszkanie z chłopakiem. Moja mama odkąd pamiętam, powtarzała mi że żebym nigdy nie wychodziła za mąż bez wspólnego zamieszkania przed. Że mogę się mocno rozczarować itd. Tak samo było z seksem, miałam 15 lat jak zaciągnęła mnie na "poważną rozmowę" i powiedziała że jak będę chciała uprawiać seks, to mam przyjść, powiedzieć jej to pójdziemy razem po tabletki do ginekologa. I ciągle powtarzała żebym na tą ciążę uważała. W lipcu skończę 27 lat i dzisiaj mama mi mówi "No nie musisz przecież mieć tego ślubu, ale wnuka to już bym mogła mieć!" Na co jej odpowiadam, że za dobrze mnie uświadomiła. Rodzicom ciężko dogodzić :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazdroszczę! Naprawdę :) Jednak moi rodzice są konserwatywni jeżeli chodzi o takie sprawy... Postrzegają życie raczej przez pryzmat religii i tego "co można, czego niemożna","co wypada, a czego nie wypada robić" i "co ludzie powiedzą"... Nie kryję, trochę mnie to denerwuje, ale w końcu każdy ma swoje patrzenie na świat i ja nie chcę im tego patrzenia zmieniać, ale oczekuję jedynie wyrozumiałości i ich wsparcia!

      Usuń
    2. Ja się akurat cieszę że u mnie nawet babcia nie jest konserwatywna i nie patrzy na życie przez pryzmat religii. Oczywiście, u mnie w domu kościół był od zawsze ale główną zasadą było to że mam być dobrym człowiekiem. A ani seksem ani mieszkaniem przed ślubem nie robię nikomu krzywdy, więc nie robią mi wyrzutów. Generalnie ja bardzo szanuję ludzi konserwatywnych, fajnie jest mieć inne spojrzenie na świat niż "większość" ale raczej nikt nikogo nie powinien przekonywać, jesteś już dorosła a skoro do tej pory, nie złapałaś bakcyla na "konserwatyzm", to już raczej nie złapiesz i bez sensu Cię przekonywać. To tak jakby ktoś na siłę, miał Cię przekonać do nie jedzenia (bądź jedzenia) mięsa.

      Usuń
  3. Ja, podobnie do Ciebie, też nigdy nie chciałam dorosnąć, było mi dobrze tak, jak jest. Gdy wszystkie inne dzieci mówiły, co one nie zrobią, gdy dorosną, ja zawsze chciałam pozostać dzieckiem, mimo że zawsze jak na swój wiek byłam zbyt poważna i miałam poukładane w głowie. Wydaje się to być sprzecznością, ale ja sama jestem jedną wielką sprzecznością. I choć dorosłość niestety i mnie dopadła, to i tak jestem daleko za moimi rówieśnikami. Kiedy moje koleżanki zaczynały się malować i randkować, ja traktowałam chłopaków jak kumpli. Kiedy ja zaczynałam się malować i myśleć o przyszłości, one powoli zaczynały już zakładać swoje rodziny. Śmieję się więc, że kiedy ja swoją założę, to niektóre dzieci moich koleżanek będą zakładać już swoje :D Cieszę się jednak, że w tym wszystkim mam naprawdę wyrozumiałych rodziców. I choć wiekowo mogliby być moimi dziadkami, to mimo to traktują mnie na równi ze sobą, z zaufaniem i poważnie. Myślę jednak, że nic nie dzieje się bez przyczyny i widocznie ja potrzebuję z ich strony takiego wsparcia, a Ty wyzwania, każda z tych sytuacji bowiem uczy nas czegoś nowego. Trzymam za Ciebie kciuki, aby wszystko się Tobie dobrze wiodło :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Heh, u mnie z tym wracaniem było podobnie, ale w przeciwieństwie do Ciebie po skończeniu magicznefo wieku 18 lat nie ciagnęlo mnie do alkoholu. Wręcz przeciwnie, odrzucał mnie on, choć nie wiem dlaczego. Dopiero na studiach troszkę więcej sobie popiłam. Z rodzicami niestety tak jest. Gdy chłopak do mnie przyjeżdża na trzy dni, są kontrole, rozmowy przez telefon i pytania "co dzisiaj robiliście?". No, ale dało sie przyzwyczaić. Z resztą tk tylko przyjazd na kilka dni, więc rodzice jakoś to zaakceptowali. Z mieszkaniem razem to zupełnie inna sprawa. W sumie skoro mieszkaliście przez tyle czasu razem, nie dziwię sie, że chcecie dalej mieszkać ze sobą. Wiem jak to jest, gdy rodzice sa nieugięci. Ale może kiedyś w końcu was zrozumią wasze decyzje.

    OdpowiedzUsuń
  5. Trudy i wojny z rodzicami.... Jeden z najgorszych czasów. Eh ;( Pocieszające jest jednak to, że w większości wszyscy je przechodzimy. Zderzenie pokoleń, innych poglądów, nasza młoda chęć wolności, samodzielności. Tym samym rodzicielska troska, miłość i strach o pociechy. Wszystko to jest jak najbardziej zrozumiałe, ale wiesz co? W tym wieku powinnaś już sama decydować o kolejnych krokach swojego życia. Jasne, że jesteś młoda i być może mylisz się w wielu rzeczach, a Twoi rodzicie chcą Cię przed tym ustrzec, ale to Ty wiesz najlepiej co Ci w duszy gra, a po tym co piszesz i co sobą reprezentujesz nie sądzę, aby po głowie chodziły Ci zbuntowane scenariusze prowadzące na złą drogę. Ja również spotkałam się z kręceniem nosów mojej rodziny. Nie poszłam na studia, wyjechałam z kraju, już niedługo poślubię obcokrajowca. No w głowie mi się poprzewracało! ;D Ale w tym wszystkim jestem szczęśliwa jak nigdy dotąd. Czemu więc ktoś miałby za mnie decydować? Wysyłam dużo wytrwałości i odwagi w walce o swoje marzenia!
    Buziak! ;*

    OdpowiedzUsuń
  6. Chciałam być dorosła. Chciałam być duża i samodzielna. I nie jestem temu przeciwna, bo lubię samowystarczalność i taką własną autonomię życiową, czego nie dawało mi dzieciństwo.
    Istnienie tych wszystkich bezsensownych rzeczy potrafi dobijać ale staram się żyć tak, aby to miało na mnie jak najmniejszy wpływ.

    No to opowiem Ci coś o sobie. Kiedy rozpoczął się bunt i zaczęły szaleć hormony, zaczęłam imprezować. Ale były to domówki z dobrymi znajomymi. W klubie byłam dwa razy i tych dwóch razy żałuję, bo to nie mój świat. Zrobiłam to wyłącznie na wzgląd na towarzystwo.
    Alkohol pojawił się wcześniej. Dla odmiany, teraz praktycznie nie piję. Dwa lata byłam całkowitą abstynentką. Teraz jeżeli sięgam po jakiś trunek, to musi mi smakować, nie piję, bo jest na stole i bo inni piją. Preferuję słodkie wina, najlepiej mołdawskie, a piwo tylko ciemne, najchętniej porterowe, jedno wystarczy na cały wieczór. Łatwo zgadnąć, że jak idę w gościnę, nie piję wcale, bo nikt nie trzyma w domu takich specjalnych specyfików :P Utarło się więc wśród znajomych, że jestem niepijąca.

    Miałam 3 bardzo dobre koleżanki, a tak to przystawałam raczej z chłopakami. Łatwiej było mi się z nimi porozumieć, więcej mieliśmy wspólnych zainteresowań.

    Z rodzicami miałam zdecydowanie łatwiej niż inni w tym czasie, bo godzina policyjna zawsze była ustalana zależnie od sytuacji, no i telefon komórkowy - zawsze w razie potrzeby mogłam się legalnie spóźnić. Dawali mi wiele luzu i uważam to za słuszne po dziś dzień.

    W moim życiorysie także nie miałam studiów po drodze, bardzo szybko poszłam do pracy, czułam, że dość już szkoły, że czas iść na własne. Miałam kilka epizodów z wynajmem mieszkania, ale w Polsce ciężko utrzymać ten stan rzeczy, więc zawsze wracałam do rodziców.

    Podpowiem Ci coś: mieszkanie jak i seks przed ślubem to nie po Kościelnemu, ale po Bożemu jest owszem. W Biblii jest napisane, że gdy kobieta i mężczyzna współżyją ze sobą, w oczach Boga są już małżeństwem. Do tego jest dopiska, że jeżeli para mieszka w mieście gdzie respektowane jest coś takiego jak ślub, mogą go wziąć, ale to nie jest jakaś absolutna konieczność i w kontekście była to mowa o ślubie w urzędzie. Nigdy nie było czegoś takiego jak ślub kościelny. Trzeba uważnie czytać, tam wszystko jest ;)

    Z moimi rodzicami miała lekko w tych sprawach, bo nie są Katolikami. Pozwolili mi wyjechać z chłopakiem na wakacje na 2 tyg. kiedy miałam 20 lat. Dla nich nie było żadnego problemu, przecież doskonale wiadomo, że seks można uprawiać w innych warunkach, nie muszą to być koniecznie wakacje. Mogli nawet przypuszczać, że ja to miałam już dawno za sobą, choć nie rozmawialiśmy o tym. Po prostu to logiczne prawdopodobieństwo.

    Na mieszkanie z chłopakiem też zgodzili się bez przeszkód. Takie jazdy jak Ty tu opisujesz, to ja miałam z jego rodzicami, Katolikami. I powiem Ci co to jest. Wychowali syna po katolicku i mięli nadzieję, że Katolikiem pozostanie. A wyrwał się z tego i o to cały żal. Pojawiłam się ja - na swój sposób grzeszna (bo istnieję) i wprowadziłam się do niego. Jesteśmy po ślubie cywilnym i nie zamierzamy brać kościelnego, pomimo płaczów czy napadów agresji ze strony rodziny. Jedno pytanie - ślub ma być dla nich czy dla nas?

    OdpowiedzUsuń
  7. ja się cieszę jak potoczyło się moje życie :D Pomimo studiów, nie pracuję w zawodzie i nie żałuję :)

    obserwuję :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja już dawno przestałam kłócić się z mamą- jak się uprze to i tak wie najlepiej i nic jej się nie przetłumaczy :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Miałam dość odmienną sytuację, bo moi rodzice pozwalali mi na dosłownie wszystko tylko ja nie korzystałam z tego w ogóle. Mama często mnie wypychała z domu żebym tylko wyszła w końcu na dwór i odeszła od tych książek. Myślę, że informacja, że chciałabym zamieszkać z chłopakiem wcale by ich nie zdziwiła i nie mieliby nic przeciwko. Nie świadczy to, że się mną nie przejmują tylko ufają mi i wiedzą, że jestem odpowiedzialna. Chciałabym jakoś doradzić Ci jak przekonać ich do tego pomysłu, jednak to chyba tylko szczera rozmowa z nimi może pomóc. Myślę, że oni się trochę boją, że chcesz zacząć żyć samodzielnie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczera rozmowa niewiele pomogła, bo każda strona miała swoje odmienne zdanie, ale przynajmniej próbowaliśmy rozwiązać konflikt. Pozostaje mi mieć nadzieję, że czas załagodzi napiętą atmosferę i pozwoli zrozumieć rodzicom moją decyzję.

      Usuń
    2. Kiedyś będą musieli sobie zdać sprawę, że jesteś już dorosła i możesz decydować o sobie :)

      Usuń
  10. Jestem bardzo zaskoczona tym, że nawet jako mała dziewczynka nie chciałaś być dorosła (przynajmniej tak to zrozumiałam). Jeżeli idzie o rodziców, to wiadomo, że chcą dla nas jak najlepiej, ale to nasze życie i nikt go za nas nie przeżyje. Jeżeli mam być szczera, to w Twojej sytuacji chyba nawet nie pytałabym ich o zgodę/zdanie. Jestem zdania, że jeżeli ktoś skończył szkołę i ma przynajmniej 18 lat, a dodatkowo ma pracę (a co za tym idzie środki do życia) to zgoda rodziców nie jest do niczego potrzebna. Oczywiście mam dopiero 17 lat i teoretycznie jest to dla mnie jeszcze obcy temat, ale takie jest moje obecne zdanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ciągnęło mnie do dorosłości, ale teraz skoro już osiągnęłam ten wiek , chciałabym w końcu móc o sobie decydować. Nie mam za złe swoim rodzicom, że się o mnie troszczą i martwią. Jestem im za to bardzo wdzięczna, ale potrzebuję też trochę wolnej przestrzeni. Osobiście również jestem zdania, że jeśli ktoś jest w stanie sam się utrzymać i nie jest zależy od rodziców, to ma prawo w pełni o sobie decydować.

      Usuń
  11. Czytałam tego posta (słowo w słowo!) I odebrałam to z perspektywy ponad szescdziesiecioletniej osoby... A i tak: zachwycił mnie. Jest bardzo dojrzały, mądry i piękny. Mam czwórkę dzieci - najstarsze 43 lata. Najmłodsze: skończy 19. Zawsze byłam jednak nietypową matką... pamiętając jak bardzo samą byłam chowana pod kloszem (i jak przez to często byłam nieszczęśliwa...) chciałam uchronić przed tym moje dzieci... mam wrażenie, że mi się to udało. Oczywiście - martwię się o nie. Jednak roląrodzica jest nie pouczać... A być przy dziecku:przy jego walorach i upadkach. Trzeba pozwolić mu popełniać błędy jak i odnosić sukcesy :-)

    OdpowiedzUsuń
  12. A ja Ci powiem tylko tyle, że... weź rób to, na co masz ochotę. Olej rodziców, to nie ich życie. Jesli sami mieli ochotę czekać z takimi rzeczami do ślubu, to ich sprawa. Czasy się zmieniły, swoje już razem przeżyliście. Masz wystarczająco dużo lat, żebyś sama podejmowała decyzje. Oni albo się z tym pogodzą, albo niech sobie żyją w swoim świecie. Skoro nie akceptują tego, co postanawiasz, to już niestety ale tylko i wyłącznie ich wina. Moja znajoma ma tak samo jak ja 23 lata i ciągle na garnuszku rodziców, ciągle ich słucha i żyć bez nich nie może. A mnie tylko litość bierze, bo naprawdę - jej mama pewnie już ją miała w tym wieku. To nie jest tak, że my jeszcze nie dojrzeliśmy, tylko nasi rodzice nie chcą przyjąć do wiadomości, że jednak już ten czas, żeby dać wolną rękę.
    A czy to po bożemu? No cóż. Ja prawie od roku mieszkam u mojego chłopaka, nikt mi złego słowa nie powiedział i na pewno nikt nie gadał, że tak nie powinno być. Oboje jesteśmy dorośli i sami najlepiej wiemy, co mamy w tym życiu robić. I jakie podejmować decyzje.

    OdpowiedzUsuń
  13. Moim zdaniem Twoi rodzice za bardzo ingerują z Twoje życie. Kurcze no, jesteś DOROSŁA! Nie masz 13 lat, żeby oni ustalali Ci gdzie i z kim masz mieszkać! Może i sprawisz im CHWILOWĄ przykrość, ale... to TWOJE życie. Nie zapominaj o tym! Im prędzej przetniesz tę pępowinę, tym lepiej! A tak, taka sytuacja może się ciągnąć w nieskończoność... Wyobrażasz sobie rodziców wtrącających się w Twoje życie do trzydziestki?? Jakiś koszmar. Trzymam za Ciebie kciuki i rób to co Ci serce podpowiada.

    OdpowiedzUsuń
  14. To Ty sama musisz przeżyć swoje życie, uczyć się na swoich błędach. Rodzicom nigdy nie dogodzisz, oni i tak zawsze będą wiedzieć lepiej. Po prostu rób swoje, jesteś odpowiedzialną osobą i wiesz co jest dla Ciebie najlepsze. Najważniejsze to żebyś Ty była szczęśliwa - nie Twoi rodzice. To jest Twoje życie :). Musisz koniecznie porozmawiać z nimi o tym, uświadomić ich że już nie jesteś małą dziewczynką.
    Życzę Ci powodzenia :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Widzę, że mamy coś wspólnego- też nie ciągnęło mnie do dorosłości i moja noga nie postanęła w żadnym klubie. Raczej nie byłam buntownikiem. :) Bez wsparcia najbliższych można się obyć, ale jest ono bardzo ważne. Mam nadzieję, że uda Ci się w końcu dogadać z rodzicami i będziesz mogła jeszcze bardziej cieszyć się z tego, co masz. :)

    OdpowiedzUsuń
  16. U mnie była podobna sytuacja rodzinna, jak tylko zaczęłam się spotykać z Sebastianem, to zaczęły się różne dogryzki z ich strony, a jak oznajmiłam, że się wyprowadzam to moja mama nie chciała tego przyjąć do wiadomości, że za krótko się znam z nim, nic nie wiem o życiu itp. Do Sebka przeprowadziłam się po 2 miesiącach znajomości, początkowo planowaliśmy, że zamieszkamy po wakacjach jak skończę college i pilnowanie wieczorami 4 letniej dziewczynki, ale atmosfera w domu nie była do wytrzymania, moja mama wciąż traktowała mnie jak małą dziewczynkę (tacy są rodzice, chcą mieć nas jak najdłużej i ciężko im się pogodzić z faktem, że opuszczamy rodzinne gniazdo), ale warto podejmować własne decyzję, nawet jeśli inni uwazają inaczej. Moja mama nie wierzyła z moim bratem w to, że będę z Sebkiem dużej niż 3 miesiące, a tu bach nie dość, że już jestem z nim rok i 3 miesiące, to jeszcze 5 miesiący po ślubie i jestem bardzo szczęśliwa :)

    Moja mama dopiero po moim ślubie zaakceptowała sytuację, że mieszkam z Sebkiem,a nie z nią, myślę, że musiała się przyzwyczaić do tej sytuacji, bo jak z nią mieszkałam to spędzałyśmy ze sobą dużo czasu, więc była ze mną bardzo zżyta. Także, myślę, że prędej czy później Twoi rodzice oswoją się z sytuacją, kwestia czasu.

    Trzymaj się i podążaj za swoim sercem i oczywiście miłością do ukochanego :)

    OdpowiedzUsuń

A jakie jest Twoje zdanie na ten temat?
Podziel się ze mną swoją opinią, a nie linkami do Twojego bloga. Jeśli będę chciała, sama tam trafię.