czwartek, 14 czerwca 2018

Czytelnicze podsumowanie

Tego na tym blogu jeszcze nie było. Książki! Wielu z Was jest zawziętym miłośnikiem czytania, a ja nie pozostaję temu dłużna. Również uwielbiam przenosić się myślami w wyimaginowany świat przygody i fantazji. Również lubię poznawać nowych bohaterów i przeżywać wraz z nimi ich własną historię. I choć aktualnie nie jestem na bieżąco z nowościami i w ostatnim czasie stosunkowo niewiele czasu poświęciłam na czytanie, to udało mi się sięgnąć po kilka fajnych i mniej fajnych książek, a teraz podzielę się swoją opinią na ten temat. 


Dziewczyna z Dzielnicy Cudów


O czym? 

Książka Anety Jadowskiej to opowieść o dziewczynie, która należąc do w postapokaliptycznego świata, musi radzić sobie z własnymi słabościami i czyhającym na każdym rogu zagrożeniem.
Walka o przetrwanie, rozlew krwi, potwory i magia nie są jej obce. Rozważnie stawia każdy krok. Zataja swoje wady i wykorzystuje zalety, by nie popełnić błędów z przeszłości, która dręczy ją po dziś dzień. Dziewczyna, choć wyszkolona i mądra nie chce iść śladem własnych rodziców: matki wojowniczki i ojca szaleńca. Toruje sobie ścieżkę na przekór wszystkim. Najlepiej sama. Z niechęcią godzi się na partnera, którego jako przełożona przydziela jej matka. Robin to dla niej wielka zagadka, ale ona też wiele o sobie nie zdradza. Chłopak towarzyszy jej, kiedy Nitka dostaje do rozwiązania sprawę zaginięcia jednej z artystek renomowanego klubu. Szybko jednak okazuje się, że to nie uprowadzona jest celem porywacza.     

Fabuła książki jest dosyć zawiła. Na początku nie otrzymujemy zestawu informacji, które pomagają określić kolejne wydarzenia. Zamiast tego z lekka poznajemy samą tylko bohaterkę i jej zawiłą przeszłość, do której ciągle wraca w licznych retrospekcjach. Ciężko określić jest jej charakter, co sprawia, że jest ona jeszcze bardziej tajemnicza. W kolejnych rozdziałach akcja powoli nabiera tępa. Coraz więcej szczegółów dostajemy na temat świata przedstawionego, dowiadujemy się, kim tak naprawdę jest Nitka, co robi i jakie zadania przed nią stoją. Magia, potwory i postapokaliptyczny świat są świetnym tłem do wydarzeń. 
Moja opinia: To książka polskiej autorki jedna z niewielu, która naprawdę przypadła mi do gustu. Po pierwsze wielki plus za oryginalność nadaną bohaterom! Dawno czegoś takiego nie miałam w rękach, a brakowało mi w głównych postaciach właśnie takiej odwagi, pewności siebie i charyzmy. Nitka to konkretna dziewczyna. Wie, czego chce i nie boi się po to sięgnąć. Jeśli musi - walczy. Jeśli nie - skrywa się w mroku. Robin natomiast intrygował mnie podobnie jak Nitkę. Był dobry, szczery, prostolinijny. Zbyt normalny jak na tak wymagającą rzeczywistość... 
Słabe istoty pozorują się na silniejsze. Tylko te silne mogą sobie pozwolić na udawanie słabości
 Za możliwość przeczytania książki dziękuję serwisowi Czytam Pierwszy



Pojedynek


O czym? 
Od kiedy skończyła się wojna i Valorianie opanowali tereny należace do Herrańczyków, dla tych nie było już nadziei. Od dziesięciu lat zniewolony lud był tylko na posyłki zamożnych panów i dam. Kiedy Kestrel dokonała zakupu nowego niewolnika, nie myślała o przyszłych skutkach swojego wyboru. Wybrała go, ponieważ... Umiał śpiewać, a ona miała słabość do muzyki. Ponadto jako córka generała Trajana była przekonana, że Kowal przyda się w ich stajniach. Jeszcze wtedy nie przypuszczała, że chciał trafić tu specjalnie. Tymczasem buntowniczy plan ma się całkiem dobrze. Arin rozeznaje się we włościach generała i przemyca broń. Szybko też wkupuje się w łaski innych służących oraz nieplanowanie rozkochuje w sobie Kestrel. Dziewczyna nie dopuszcza do siebie myśli o uczuciu do niewolnika, ale plotki o ich romansie szybko się rozchodzą. Kiedy wybucha bunt niewolników, Arin stara się chronić Kestrel pod przykrywką zakładniczki i prosi ją o posłuszeństwo, lecz ta czując się oszukana i zdradzona, szuka drogi ucieczki. Kiedy do tego dochodzi, ukochany Herrańczyk nie staje jej na drodze.

Moja opinia: Pojedynek to historia oparta na chwiejnym motywie serca i rozumu. Autorka sprawnie balansuje pomiędzy jednym a drugim, nie raz stawiając główną bohaterkę przed trudnym wyborem: wojsko, czy ślub; przyjaźń, czy miłość; lojalność, czy uczucie? Kestrel, choć była zdecydowana i nie postępowała pochopnie, często popadała w wątpliwości własnych działań. Do końca nie było wiadomo jaką drogę obierze. Zostanie z Arinem, zdradzając swój lud, czy może wyrzeknie się miłości i przyczyni do zagłady Herranu.

Ludzie przebywający w jasno oświetlonych miejscach nie dostrzegają tego, co skrywa się w mroku.

Za udostępnienie książki i możliwość jej przeczytania dziękuję Oli K. 


Uratuj mnie


O czym?
Maia nie może się pozbierać po wypadku i śmierci brata. Kiedyś popularna nastolatka jest teraz uważana za dziwadło. Nie ma koleżanek i dobrze jej z tym. Woli cierpieć samotnie, jednak nowy chłopak w szkole niebezpiecznie się do niej zbliża. Maia czasem go lubi, czasem nie. Sama nie wie, co o nim myśleć i czy pozwolić mu do siebie dotrzeć. Chłopak w końcu wyrywa ją z otchłani samotni i oswaja ze światem. Dzięki niemu Maia wraca do normalności. Godzi się na konfrontację z przeszłością, by całkowicie ją zamknąć i zacząć nowy rozdział.

Moim zdaniem: Kolejna w tym zestawieniu książka polskiej autorki. Z tego, co się zorientowałam był to debiut Anny Bellon, która swoją powieść wydała dzięki słynnemu serwisowi Wattpad. Zanim sięgnęłam po powieść, dużo już na jej temat usłyszałam, a opinie były skrajnie nieprzychylne. Cóż, sama byłam ciekawa tej historii. Czy faktycznie to takie kompletne dno, jak mówili inni, czy jednak tytuł zasłużył na miano fenomenu? Powiem tylko tyle, że książki nie doczytałam do końca. Była to tak denna i wyprana z emocji historia, że nawet powyższe jej streszczenie więcej wnosi do życia radości. Autorka usilnie starała się o różnorodność fabuły, ale jedyne co z tego wyszło to czysto teoretyczna relacja kolejnych etapów znajomości dwojga ludzi. Brak tam nawet ciągłości przyczynowo skutkowej, bo zazwyczaj kończyło się na "zrobiliśmy to, a później jeszcze tamto". Bohaterowie są zbyt mało wyraziści. Wszyscy wypowiadają się tak samo, nikt nie posiada cech szczególnych. Podsumowując, historia nudna jak flaki z olejem.

W czytaniu najlepsze jest to, że przestajesz żyć swoim życiem, a zaczynasz żyć życiem bohaterów.

Co kryją jej oczy


O czym?
David i Adele wydają się szczęśliwym małżeństwem. On przystojny lekarz psychiatra. Ona piękna, wysportowana i błyskotliwa niczym gwiazda przy jego boku. Kiedy Louise poznaje Davida w klubie, nie wie, że on ma żonę, ani że zostanie jej przyszłym szefem. To jednak wcale nie przeszkadza jej w fantazjowaniu o tym mężczyźnie. Tymczasem w życiu małżeńskim Adele i Davida nie dzieje się dobrze. Kiedy kobiety się poznają, Adele postanawia od razu zaprzyjaźnić się z Louise i zwierza jej się ze szczegółów życia z Dawidem. Skarży się, że musi brać tabletki, jakie jej zaleca, odbierać każdy telefon od męża i nie może zbyt często wychodzić z domu, żeby o coś jej nie podejrzewał. Ponadto z czasem Louise dowiaduje się, że Adele nie ma dostępu do swojego majątku, który zapisała Davidowi. Wszystkie te fakty układają się w głowie Louise niczym elementy układanki. David natomiast wydaje się być coraz bardziej nerwowy. Z początku jeszcze sypia z Louise, później każe jej się odczepić. Dziewczyna wie, że zachowuje się dwulicowo, ale nie chce stracić przyjaźni Adele. Jest w potrzasku między nią, a Davidem. Mężczyzna nie chce rozmawiać o swojej przeszłości ani o małżeństwie. Tymczasem Adele zdradza swój sekret i pomaga Louise wyzbyć się nocnych koszmarów. Kolejne sny Przyjaciółki są jeszcze bardziej przerażające. 

Moim zdaniem: Końcówki tej książki zdradzać nie będę. Chętnym, by ją przeczytać, zepsułabym całą frajdę z lektury, bo to właśnie zakończenie jest w tej historii punktem kulminacyjnym. Całokształt nie porwał mnie tak bardzo, jak obiecywał to opis na tylnej okładce, ale pod koniec książka wcisnęła mnie w fotel. Ostatni rozdział był wisienką na torcie i po przeczytaniu go muszę przyznać, że zrozumiałam strukturę wszystkich poprzednich wątków, które wprowadzały niedomówienia i budowały napięcie. Ta historia o miłosnym trójkącie jest może trochę głupia i popieprzona, ale serio robi wrażenie. Zdecydowanie czegoś takiego jeszcze nie było!
Miłość umiera powoli, wiesz? - [...] - Moja miłość umierała latami.
Łatwo jest kłamać, kiedy się stworzy odpowiednią sytuację, a najlepsze kłamstwa to półprawdy.

Ja Diablica


O czym? 
Wiktoria nie wraca w nocy z klubu. Zamiast tego trafia do Piekła, gdzie nadano jej miano Diablicy. Nie jest zwykłą potępioną. Okazuje się, że ma w sobie ukrytą moc, która stawia ją wyżej. Całkiem podoba jej się w Piekle, choć nie ma pojęcia, jak tutaj trafiła. Nie pamięta swojej śmierci. Wykorzystując swoje zdolności, Wiktoria wraca do świata żywych, ponieważ nie chce zostawiać swojej rodziny, ani opuszczać chłopaka, w którym skrycie się podkochuje. Nie może jednak długo przebywać poza Piekłem, bo tam czeka na nią praca i obowiązki oraz przystojny Diabeł, któremu niewątpliwie wpadła w oko. Zazdrosny Diabeł usiłuje pozbyć się chłopaka, który podoba się Wiktorii. Później już tylko intryga goni intrygę. Wiktoria zaprzyjaźnia się z ekipą z Piekła i razem starają się naprawić wyrządzone szkody, bo choć Szatan długo pozostaje niewzruszony ich wyskokami, w końcu postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i cofnąć czas. Wiktoria znowu wraca do życia, a przystojny Diabeł znowu planuje ją zabić. 

Moim zdaniem: Bardzo przyjemna w odbiorze książka! Przeczytałam ją w mgnieniu oka, choć nie pomyślałabym, że aż tak przypadnie mi do gustu. Spodziewałam się całkowicie czegoś innego: mroku, tajemniczości i dreszczyku emocji. Tymczasem autorka serwuje nam zabawną historię z wątkiem fantastycznym, w której intryga goni intrygę.
Przystojny mężczyzna z irokezem już go nie słuchał. Wysunął się z cienia i spojrzał do góry na balkon, na całującą się parę.- Tak po prostu się poddajesz? - zagadnął go kompan. -Oddasz ją bez walki temu Piotrowi? Zapytany uśmiechnął się i zmrużył oczy. - Ja? Poddać się? Azazelu... ludzie się zmieniają, wypadki się zdarzają... zobaczysz, ona jeszcze będzie moja...
Prawdziwi przyjaciele. Kto by pomyślał, ze znajdę ich w piekle.
17

piątek, 8 czerwca 2018

Fotografia - moje postępy

Jakiś czas temu chwaliłam się zdjęciami, jakich robić się nie powinno. W każdym z nich było coś nie tak, jeśli popatrzyć na nie od strony technicznej. Oko wprawionego fotografa mogłoby mieć wiele zastrzeżeń również do zdjęć, które opublikuję w tym poście, jednak na swoje usprawiedliwienie mam tyle, że większość z nich jest efektem mojej pierwszej styczności z lustrzanką. Nie wszystkie są przerobione (czyt. upiększone) i nie wszystkie przemyślane. Jednak zostały ocenione przez kolegę fotografa jako potencjalnie dobre, więc czemu miałabym się nimi nie pochwalić?


Pierwsze zdjęcie to jedna z migawek, które udało mi się uchwycić jeszcze tego samego dnia, kiedy kupiłam aparat. Jak można się domyśleć, zaraz po naładowaniu baterii, chodziłam z lustrzanką po domu i pstrykałam zdjęcia jak głupia. Towarzyszyła mi przy tym dziecięca radość, która dobrze jest nam wszystkim znana: Nowy sprzęt? - Nowe możliwości. 
Te pisaki utrwaliły się na matrycy, zanim jeszcze na poważnie zaczęłam zgłębiać zasady rządzące fotografią. Jak można zauważyć postprodukcji w zdjęciu zero. Generalnie szału nie ma, ale było to pierwsze zdjęcie, po którym kolega stwierdził "masz dobre oko". Może i mam.



Kolejne zdjęcie, za które zbierałam laury pochodzi jeszcze z okresu świat Bożego Narodzenia. Na fotografii  fragment choinki i jej ozdóbek. Również było to jedno z pierwszych zdjęć, jakie miałam okazję zrobić i również było całkowicie niepomyślane, ale spodobało się za zachowane mniej więcej zasady kompozycji i ten taki mieniący się bokeh w tle. Jedyne, co mi tu szpeci, to kable od światełek, ale wcześniej nie zwracało się uwagi na takie rzeczy.



Z tego zdjęcia byłam niesamowicie dumna, ponieważ wydawało mi się ono rewelacyjne w swej prostocie. Okazało się, że zbyt dobre, to ono nie jest, ale za to też nie najgorsze. Problem stanowiło to, że nie trafiłam z "horyzontem" w 1/3 kadru. Nie zastosowałam się do zasad fotografii, ale nie wydaje mi się, by w tym przypadku miało to znaczący wpływ na odbiór zdjęcia. Przyjemnie się na nie patrzy, prawda? 


Pamiętam, że filiżankę fotografowałam w ramach zadania domowego na jedne z pierwszych warsztatów. Zdjęcia się spodobały, choć oczywiście nie obyło się bez zastrzeżeń. Na pierwszym zdjęciu ponownie nie trafiłam linią horyzontu w 1/3 kadru no i ostrość troszkę mi uciekła. Drugie już jest cacy. 



Szklane łabędzie były fenomenem, chociaż powieliłam w tych zdjęciach wszystkie poprzednie błędy. Niemniej jednak udało mi się uzyskać ostrość, o jakiej dotychczas mogłam pomarzyć, a tło wyszło rewelacyjnie zamazane. To był przełom w moich postępach. 



Pamiętam jak trudziłam się, żeby to zdjęcie wyszło dokładnie tak, jak teraz można je podziwiać. Złapanie tych lampek i światła, które rzucały wcale nie było łatwe. Tutaj kombinowałam z kadrem i ustawieniami. Ponadto za wszelką cenę chciałam pozbyć się łańcucha z pola widzenia, na którym wisiały kulki, tak żeby nie przyciąć jednej z nich. Nie udało mi się, ale w sumie jest okej. Zdjęcie się podobało i zostałam pochwalona za ciekawy kadr.  


Zdjęcie kościoła w mojej miejscowości w kolorach wyglądało tak fatalnie, że postanowiłam sprowadzić je do odcieni szarości. Nadało to zdjęciu trochę tajemniczości i grozy. Najlepsze jest jednak to, że przez całkowity przypadek i przy pomocy winiety udało mi się tutaj uchwycić kompozycję spiralną. Póki co, to jedyne takie moje zdjęcie - perełka.  


Zaniedbana piwniczka, której nikt od lat nie używa wyszła na zdjęciu barwnie i kolorowo, ale jednak z mrocznym akcentem. Wciąż łamię wiele zasad, ale mam to w nosie, kiedy zdjęcie mi się podoba. 


Kinkiet w salonie szału nie robi, ale tutaj zaczyna się moja przygoda z postprodukcją. Obrabianie zdjęć to nadal dla mnie trochę czarna magia, a tutaj to już w ogóle popłynęłam... Kontrasty, ostrości i saturacje ostro poszły w górę i właściwie dzięki temu, zdjęcie wygląda jak wygląda. Wcześniej było płaskie "jak nastolatka" kolokwialnie mówiąc. Czyli zero cienia i jakichkolwiek barw. 


Długo się napracowałam przy tym kadrze. Koniec końców i tak nie jest on idealny, ale zdecydowanie najlepszy, jaki mi wyszedł. Zdjęcie z góry wymagało od mnie trochę gimnastyki. Znowu mocna postprodukcja, dzięki czemu wydobyłam z roślinki głęboką zieleń, a nudnawy parapet zamienił się w ciepłe, przyjemne dla oka tło.


Papugi są pod obstrzałem flesza, chyba od początku mojej przygody z aparatem. O ile na początku dosyć niepewnie mi się przyglądały, z czasem zaczęły nawet pozować. To pierwsze ruchome obiekty, więc gorzej z ostrością, ale tutaj chyba dałam radę? Minusem tych dwóch zdjęć jest niebieska poświata przy elementach metalowych, ale nijak nie potrafiłam jej zniwelować, żeby kolorowe akcenty papugi nie utraciły na wartości. 



Zdecydowanie jestem fanką minimalizmu na zdjęciach. Mniej znaczy lepiej, co chyba można zauważyć. Staram się skupiać na jednym temacie i tym samym uwydatnić wszystkie jego szczegóły.


Są zasady i jest geometria, czyli to nad czym tak usilnie pracowałam, przez cały ten czas. Zdjęcie może nie zachwyca, ale jest dla mnie symbolem i namacalnym znakiem moich postępów. 


Dwa ostatnie zdjęcia to moje wisienki na torcie. Pierwsza fotografia została zrobiona całkowicie bez pomyślunku, a swój wygląd zawdzięcza właściwie samej przeróbce. Dumna natomiast jestem z ostrości, jaką udało mi się tutaj uzyskać. Temat zdjęcia jest ostry jak żyletka, przy czym w tle zaistniał ładny bokeh. Takiego efektu się nie spodziewałam. 


Do tego kadru miałam kilka podejść. Większość z nich wyglądało prawie tak samo, nie biorąc pod uwagę kilku szczegółów, ale jak się okazało to one zaważyły nad efektem końcowym i zdecydowały o ogólnym odbiorze zdjęcia. Kompozycja centralna, wokół winiety, które podkreślają głębię.


Daleko mi jeszcze, by osiągnąć miano fotografia, ale chyba najważniejsze jest to, że robienie zdjęć przynosi mi frajdę. Nie zawsze i nie wszędzie jest to przyjemne i komfortowe. Czasem mi się po prostu nie chce, czasem ciężko współpracuje mi się z ludźmi, ale to nie odbiera satysfakcji, jakiej przynosi dobre zdjęcie.    
46

sobota, 2 czerwca 2018

Tylko wariaci są coś warci

Każdy z nas ma w sobie odrobinę dziecka. Czyż to nie wspaniałe, że ten pierwiastek beztroski i szaleństwa pozostał w naszych sercach, choć wiek zobowiązuje do zachowań poważniejszych? Dorosłość sama w sobie jest nudna. Czym zatem byłoby życie bez odrobiny fantazji, zapomnienia i  szczerego uśmiechu? Kim byłby człowiek bez marzeń?  



To marzenia są motorem naszych działań. Mając marzenia, bujną wyobraźnię i odrobinę szaleństwa jesteśmy w stanie osiągnąć wszystko. Brzmi pięknie, prawda? Jednak warto założyć, że łatwo nie będzie. Zazwyczaj przeszkody pojawiają się, zanim wykonasz pierwszy krok. Obierzesz cel, ale okazuje się, że nie masz funduszy, czasu, możliwości. W tym momencie mamy do wyboru dwie opcje:
a) Pozostawić marzenia marzeniami
b) Zacząć działać.  
Załóżmy, że jednak postanowiliśmy wziąć życie w swoje ręce i zdecydowaliśmy się na pierwsze odważne posunięcie. Zbierasz środki, potrzebne rzeczy, które nie są celem samym w sobie, ale żeby je zdobyć musisz poświęcić na to sporo czasu. 
Czas. Skąd go wykrzesać? Jak pogodzić hobby, pasję, marzenia z domowymi obowiązkami? Jak  upchnąć wielkie aspiracje w zabieganą codzienność? Gdzie szkoła? Praca? Rodzina? Odpoczynek? Jak realizować swoje powołanie, skoro zewsząd ograniczają nas z góry ustalone wzorce? Jak wyłamać się z tłumu? Jaką drogę obrać? Jak udeptać własną ścieżkę? Jak nie dać się stłamsić?  
Pytań jest wiele, ale odpowiedź masz w sercu.
Bo jeśli naprawdę chcesz, dasz radę. Jeśli Ci zależy, staniesz na rzęsach, żeby dopiąć swego. Jeśli kierujesz się sercem, rozum Ci pomoże. Marzenia nie są dla głupców. Marzenia są dla ludzi odważnych, którzy nie boją się wyjść im naprzeciw i podjąć to wyzwanie.  

Odnoszę wrażenie, że dorosłość pozbawia ludzi marzeń. Z każdym kolejnym krokiem w poważne życie zostawia się za sobą młodzieńcze pragnienia. Zamiast kreować swoją rzeczywistość, pozwalasz rzeczywistości kreować siebie. Popadasz w obłędny bieg za dobrem materialnym, wykształceniem, lepszą pracą, dużą rodziną, bo ktoś z zewnątrz powiedział Ci, że skoro mają to wszyscy, Ty też musisz mieć; że tylko to przyniesie Ci radość. Owszem przyniesie, ale w tym całym pędzie nie można zatracić siebie. 

Inni będą śmiać się za plecami lub wprost wytykać palcami. To nieuniknione, bo kiedy robisz coś innego, jesteś na celowniku. Nawet bliscy nie będą rozumieć. Będą pytać: Po co? Dlaczego? A Twoje odpowiedzi będą w ich mniemaniu nic nie warte. Zresztą i tak będą widzieli tylko to, co sami chcą zobaczyć. Będą narzucali swoje zdanie i opinie, będą krytykować, bo oni życie znają lepiej. Nie raz i nie dwa zawiedziesz się na autorytecie. Nie jedną przejdziesz kłótnię. Nie jedną bitwę stoczysz z samym sobą, pokonując wszelkie bariery i ograniczenia. Nie jedną odbędziesz walkę w swoim sercu pytając, czy warto?
Warto. 
Ale o tym przekonasz się po drodze. Sam zobaczysz, ile międzyczasie można się nauczyć. Ile poznać, jak wiele doświadczyć! Sam uświadomisz sobie, jak bardzo się zmieniłeś. Jak zmieniło się Twoje życie i po kilku latach nie obudzisz się z ręką w nocniku, ale ze świadomością, że całym sercem dążyłeś do celu. 
Nie po trupach, ale rzetelnie pracując.
Nie za czyjeś, ale za swoje.
Nie spełniając życzeń, ale zarabiając na własny rachunek.


Marzyć, oznacza pragnąć gwiazdki z nieba. Działać - to wiedzieć której

42

piątek, 25 maja 2018

Dobrze jest, jak jest

Od ostatnich wspominek minęło ponad dwa miesiące. Żaliłam się, że brak mi swobody w podejmowaniu decyzji, że każdy naciska, że rodzina chciałaby ułożyć moje życie po swojemu. Tym razem powiedziałam "nie". Mama była zła prawie przez miesiąc, a babcia straciła wiarę w swoją ukochaną wnuczkę, ale było warto. Jestem szczęśliwa.


Wszyscy oswoili się z nową sytuacją i już chyba mogę przyznać, że jest ok. Największym sukcesem jest dla mnie aprobata mamy. Mogłam mieć jedynie nadzieję, że tak szybko pogodzi się z moją wyprowadzką, a jednak nie była to nadzieja złudna. Już o wiele spokojniej mogę odwiedzać swój dom i nie boję się, że opuszczę go z krzykiem, albo w ciężkim do zniesienia milczeniu. Jest dobrze i to mi wystarczy.

Ostatnio nabyłam tendencję do robienia tego, czego nie trzeba. Łatwo zaplanować sobie czas, ale gorzej ów plan utrzymać. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz czuję się rozżalona tym, że zamiast poświecić się obowiązkom, siedzę bezczynnie i kontempluję. Właściwie to nie mam czego żałować. Jestem tak spragniona słońca, iż potrafię godzinami wystawiać twarz ku ciepłym złocistym promieniom, a rozmyślać też mam o czym. Ostatnio moja głowa jest pełna nieuchwytnych myśli. Jest kilka spraw do których muszę przywyknąć, jest kilka rzeczy, które muszę ułożyć sobie na nowo. Jednego jednak jestem pewna. Podjęłam najlepszą decyzję w swoim życiu.

Może nasze życie nie jest do końca usłane różami. Zdarzyło nam się kłócić, sprzeczać i nie odzywać się do siebie przez pół dnia, ale obydwoje chcemy w takich sytuacjach znaleźć rozwiązanie. Kiedy jestem rozemocjonowana płaczę i krzyczę na przemian. I nie zamierzam łzami wywołać litości, ani krzykiem kogoś przywoływać go do porządku, ale w ten sposób zwyczajnie wychodzą ze mnie emocje. Czasem trzeba mnie po prostu uciszyć. Zazwyczaj jednak się razem nudzimy i ja to tak cholernie lubię! Taki wewnętrzny spokój i ciszę. Stabilność i brak wielkich zmartwień. Pewność co do drugiej osoby i zero ekscesów. Czasem niespodziewanie wyskoczymy na pizzę. Czasem zmarnujemy wieczór z dobrym serialem i ulubionym piwem. Czasem można sobie pozwolić.
Może nasze poranki nie przypominają Miracle Morning, ale jest w nich pewien urok. Nie budzę się codziennie rano wyspana i w pełni sił na kolejny dzień. Właściwie rzadko kiedy tak się budzę. Na ogół mam okropny problem ze wstawaniem i brak sił, żeby z nim walczyć. Otworzenie oczu i zwleczenie się z łóżka to dla mnie katorga. Zanim w ogóle wstanę muszę odleżeć swoje. A kiedy już wstanę, wcale nie jest lepiej. Z rana nie dopisuje mi apetyt. Staram się chociaż wypić szklankę wody z cytryną, ale usilnie nie wchodzi mi to w nawyk. Zamiast tego robię kawę i jem słodkie babeczki, choć nie powinnam. Zdarza nam się zasiedzieć na tarasie. Nie ma nic przyjemniejszego z rana niż milusi szlafrok, ciepłe promienie słońca otulające moją twarz i wszechogarniająca cisza. On zazwyczaj czyta. Ja zazwyczaj myślę.

Fusy w filiżance kawy są znakiem, iż czas brać się do pracy, ale zazwyczaj coś zawsze wypada. Fajnie jest robić razem zakupy, ale dobrze jest też je robić samemu, wiedząc jak on tego nie znosi. Fajnie jest razem przygotowywać posiłek. Fajnie jest razem dzielić się domowymi obowiązkami i międzyczasie puścić mu buziaka, albo przytulić się tak po prostu. Kiedy już naprawdę nie ma nic innego do zrobienia, przychodzi czas na pracę i jak zwykle nie zdążę odhaczyć wszystkiego, co sobie zaplanowałam. Maj był z pewnością czasem nauki niemieckiego. Poświeciłam na to ponad połowę miesiąca. Z pozostałych planów nie jestem już tak zadowolona i już teraz wiem, że nie będę miała kiedy tego nadrobić. Czuję niedosyt. Trudno. Zamiast rozpaczać, muszę spojrzeć w przód na to co jeszcze przede mną. A przede mną bardzo dużo pracy.

Ostatni czas był też obfity w imprezy. Wraz z początkiem miesiąca zaczęły się Juwenalia, a wiec trzy noce koncertów. Jak dla mnie bomba. Na wszystko trzeba mieć czas, także na to żeby się wyskakać pod sceną. Były koncerty skoczne i wesołe (Chwytak. Sławomir) Były koncerty dosyć nużące (Kult) Były koncerty prawdziwych gwiazd (Beata i BAJM). Wszystkie inne nie mój gust, choć troszkę żałuję, że tym razem odpuściłam występ Enej. Poza głośnymi wydarzeniami maj był również obfity w wydarzenia rodzinne. Trzy komunie. Na każdej obecność obowiązkowa, bo troje najbliższych kuzynów. No i oczywiście grille i ogniska. To chyba podstawa dobrej majówki, a my tak swoją zaczęliśmy już w kwietniu w towarzystwie znajomych (jeszcze) z liceum Dejwa. Trochę zazdroszczę mu takich kumpli. Moje paczki rozleciały się już dawno temu i teraz, poza kilkoma znajomościami, właściwie nie mam koleżanek. Na palcach jednej ręki mogę wymienić osoby, na które mogę liczyć, ale też nie zawsze i nie w każdej sytuacji. Zresztą nie oczekuję tego od nikogo. Dobrze jest jak jest. Dobrze, że czasem złapiemy się gdzieś w drodze i zamienimy kilka zdań. Dobrze, że możemy się sobie wyżalić i wypłakać chociażby wisząc godzinami na telefonie. Dobrze, że możemy (rzadko, bo rzadko) spędzić wieczór na plotach przy winie. Dobrze, że odpisujemy sobie na listy i dobrze, że wychodzimy razem na kawę. Dobrze jest jak jest.
Wracając jednak do tematu... Grill nie był do końca udany. Dziewczyny się nakręciły i posprzeczały z chłopakami, a ja zaliczyłam pierwszego kaca mordercę i postanowiłam, że od teraz tylko piwo - wyjątkiem były Juwenalia. Padło też hasło, że jak tak mają wyglądać te imprezy, to następnym razem niech chłopcy bawią się sami. Tak też zrobili.

Jestem wdzięczna Bogu za takiego faceta, z którym mi dobrze w każdej sytuacji. Taki wprost do tańca i do różańca, bo i bawić się razem umiemy i wspólna monotonna codzienność też się przyjemnie toczy powolutku do przodu. Fajnie jest wskoczyć mu na barana, szalenie całować i wypić za nasze zdrowie. Fajnie też razem pracować. Zasypiać. Planować wspólną przyszłość.

Chciałabym mieć więcej czasu na wszystko. Brakuje mi wieczorów z książką, weny na pisanie i chęci do fotografowania. Mam ochotę na dziką imprezę w klubie, ale resztę dzisiejszego wieczoru spędzę z fiszkami.
Dobrze jest, jak jest.
37

sobota, 19 maja 2018

Przegląd filmowy #2

Brzydka pogoda sprzyja oglądaniu filmów i seriali. Chociaż staram się nie marnować czasu przed telewizorem, lubię od czasu do czasu obejrzeć jakiś dobry film, a niemalże każdy sobotni wieczór spędzam pod kocem oglądając historie animowane, do których od zawsze pałam większym zamiłowaniem. Jakoś przyjemniej ogląda mi się ciekawe w swej prostocie produkcje przeznaczone dla młodszych, niżeli filmy pełnometrażowe o rozbudowanej fabule. W dzisiejszym zestawieniu będą aż dwie takie bajki, bo stwierdziłam, że są naprawdę godne obejrzenia nie tylko przez dzieci. 


Stowarzyszenie Umarłych Poetów 

Zacznę może od filmu, który oglądałam jakieś pół roku temu z polecenia kolegi. Jest to dramat z 1989 roku, opowiadający historię pewnego nauczyciela. Pomimo iż bardzo lubię ten gatunek i zazwyczaj rozklejam się podczas oglądania, tym razem film nie wstrząsnął mną jakoś mocno. Nie wywołał skrajnych emocji i nie zapadł na długo w mojej pamięci. Nie zmienia to jednak faktu, że w odbiorze był bardzo przyjemny i z pewnością choć na moment skłonił mnie do refleksji.

O czym? Nowy nauczyciel angielskiego, który pracuje w dosyć konserwatywnej szkole postanawia wprowadzić do codziennego życia uczniów małe zmiany ze szczyptą pikanterii. Ułożeni chłopcy są zdziwieni charyzmatycznym i kontrowersyjnym zachowaniem profesora, ale szybko jego lekcje przypadają im do gustu. Poznają czym naprawdę jest poezja i jakie piękno ze sobą niesie. Naładowani motywacją i ideą Carpe Diem uczniowie postanawiają przywrócić do życia tajną organizację poetów z dawnych lat i pisać wiersze, jak niegdyś robili to inni. Poczynania chłopców i nauczyciela przyciągają uwagę niezadowolonej dyrekcji i pozostałej społeczności szkoły.


Transcendencja 

Nowa odsłona Matrixa? Trochę tak, ale film w zdecydowanie innym guście. Już od dziesiątek lat ludzie się zastanawiają, dokąd dąży ten świat. Wydaje się, że wszechwiedza i samowystarczalność uszczęśliwiłaby wszystkich i zlikwidowała wszelkie problemy, ale czy rozwój nowych technologii w tym pomoże? A co jeśli już jest on niezatrzymany? Czy ludzie będą nieśmiertelni? Czy sztuczna inteligencja przejmie kontrolę nad światem? Oglądając ten film można sobie uświadomić kilka istotnych faktów, ale też porównać wszystkie za i przeciw udogodnieniom dzisiejszego świata i nowinkom technologicznym. Film odpowiada na trudne pytania, ale wnioski trzeba wyciągnąć osobiście. 

Doktor Will Caster, który pracuje nad rozwojem sztucznej inteligencji zostaje postrzelony przez tajną organizację swoich przeciwników. Okazuje się, że nabój, który utkwił w ciele naukowca, był zatruty i uniemożliwia leczenie. Z dnia na dzień maleją szanse na przeżycie doktora, ale ten wpada na pomysł, żeby swoją świadomość przenieść do komputera. W ryzykownym eksperymencie pomaga mu jego żona i przyjaciel. Kiedy ciało Castera umiera, jego umysł zaczyna funkcjonować w urządzeniu. Podłączając rozum do sieci naukowiec staje się wszechwiedzący i niezatrzymany. Może kontrolować wszystko i wszystkich. Udoskonala siebie i świat.


Kocha Lubi Szanuje 

Zwykle, kiedy nie wiem co chciałabym obejrzeć scrolluję Filmweba w poszukiwaniu dobrze ocenianych filmów. Takim właśnie jest komedia romantyczna "Kocha Lubi Szanuje", która właściwie z angielskim tytułem (Crazy Stupid Love) ma niewiele wspólnego. Generalnie jest to jedna z lepszych komedii amerykańskich jakie miałam okazję oglądać. Humor jest wyważony, nieprzesadzony i nie opiera się na samych przekleństwach, czy roznegliżowaniu. Fabuła filmu jest nieźle zagmatwana, ale w punkcie kulminacyjnym - kiedy dochodzi do spotkania wszystkich bohaterów - sytuacja nabiera jasności i staje się przekomiczna. Oczywiście głównym wątkiem jest miłość, ale ile bohaterów, tyle jej odmian.

Cal - mąż z długim stażem i przykładny ojciec. Coś jest jednak z nim nie tak, skoro zdradza go żona.
Jacob -  mężczyzna jakiego można sobie wymarzyć. Inteligentny, bogaty i z błyskiem w oku. Nie boi się przygód i kobiet, ale z żadną nie spędził dłużej niż jedną noc. 
Emily - żona Cala. Zdradza męża z przystojniejszym kolegą z pracy.
Hannah - ma problemy z chłopakiem.
Robbie - wzdycha do opiekunki.
Jessica - opiekunka Robbiego, zakochana w jego ojcu.

Poznajemy Cala jako załamanego męża po stracie żony. Na jego drodze staje Jacob, który bierze sobie za cel przywrócić Calowi jego męską godność. Uczy go inteligentnych gadek, ubiera w markowe ciuchy i daje wskazówki jak wyrywać niunie. Cal dosyć niechętnie do tego podchodzi, a kiedy udaje mu się poderwać pierwszą kobietę, żałuje tego i chciałby wrócić do żony. Tymczasem Jacob poznaje Hannah i stosuje na niej swoje sztuczki, ale dziewczyna jest niezwykle oporna i to go rajcuje. Robbie - brat Hannah - jest zauroczony w opiekunce, która kompletnie go olewa, bo sama z uwielbieniem wpatruje się w jego ojca - Cala. Emily tymczasem dostrzega, jak jej mąż się zmienił i również ma nadzieję na powrót. Generalnie cała fabuła opiera się na gonieniu za niedoścignioną miłością, a rozwiązanie tej historii nadchodzi wraz z rodzinnym spotkaniem.    


Coco

Film ten chciałam obejrzeć na wielkim ekranie, ale premiera gdzieś mi umknęła i dopiero niedawno sobie o nim przypomniałam. Wedle przysłowia, co się odwlecze to nie uciecze, nie uciekła mi również radość z oglądania tak pozytywnej animacji. Wyżej już wspominałam, że filmy animowane ogląda mi się dużo przyjemniej, być może dlatego że są łatwiejsze w odbiorze i niejednokrotnie swoim przekazem biją na głowę inne gatunki filmowe. Jaki przekaz płynie z Coco? Ano taki, że warto kierować się sercem w życiu, a rodzina jest najważniejsza.

Miguel to dwunastoletni meksykański chłopiec, który skrycie marzy o tym żeby grać na gitarze. Jego muzyczne aspiracje są jednak tłamszone przez rodzinę, bo podobno dawno dawno temu jego pradziadek muzyk zostawił żonę i odszedł z gitarą. Od tej pory wszyscy go nienawidzą, a muzyka w rodzinie to istne przekleństwo. Mały Miguel nie daje jednak za wygraną. Ponad wszelką cenę chce zdobyć gitarę i pokazać światu, że umie grać. Jego zapał prowadzi go do przodka, o którym wszyscy zapomnieli. Zagadkowa historia odejścia pradziadka zostaje wyjaśniona. 


Vaiana: Skarb Oceanu

Ten film animowany oglądałam zaledwie wczoraj, więc jestem świeżo po seansie. Pomysł na fabułę twórcy mieli całkiem ciekawy, ale najbardziej urzekło mnie ich poczucie humoru. Czasami oglądając bajki odnoszę wrażenie, że niektóre żarty zrozumieją tylko dorośli i być może faktycznie taki humor specjalnie jest wpleciony w ekranizacje dla dzieci, coby rodzice też się nie nudzili. Inną kwestią, która dodatkowo skradła moje serce jest ścieżka dźwiękowa - piosenki rewelacja! Wielkie brawa także dla pana Maleńczuka, który podłożył głos krabowi Tamatoa. Świetna robota. 

Tytułowa Vaiana to córka wodza plemienia zamieszkującego wyspę, którą nawiedza fatum. Według podań i legend opowiadanych jej przez babkę dawno temu serce bogini życia zostało skradzione i to zaburzyło spokój na Ziemi. Tylko wybraniec oceanu może pokonać otchłań, by odnaleźć złodzieja serca, a ten musi zwrócić je na miejsce. Vaiana wyrusza więc w nieznaną podróż tam, gdzie ją wody poniosą, ale kiedy odnajduje Maui, ten wcale nie jest chętny do współpracy.

Na dziś to wszystko. Mieliście okazję obejrzeć, któryś z tych filmów, czy może są Wam kompletnie nieznane? Może polecacie jakiś dobry seans na sobotni wieczór? 
44

poniedziałek, 14 maja 2018

Naturalne pasty do zębów

Tyle się kiedyś rozwodziłam o zdrowym stylu życia. Tyle się produkowałam na temat niezdrowego jedzenia i jego skutkach oraz niebezpieczeństwie jakie niesie ze sobą chemia w kosmetykach. Był post o diecie owocowo-warzywnej i ściąga dla tych, którzy do takiej diety chcieliby przystąpić. Teraz chyba najwyższa pora nawiązać do kosmetyków codziennego użytku bez których ciężko się obejść.

Generalnie jestem za tym, żeby wszelakiej chemii stosować jak najmniej. Sama ograniczyłam kosmetyki do minimum, ale wiadomo że wszystkiego wykluczyć się nie da. Żele pod prysznic, szampony do włosów, kremy do twarzy, balsamy do ciała i pasty do zębów - przez ostatni czas testowałam wiele kosmetyków przeznaczonych do codziennego stosowania. Teraz chciałabym się skupić na tych ostatnich.



Pasta do zębów to chyba najpopularniejszy preparat do czyszczenia szkliwa, a zarazem jeden z najczęściej stosowanych kosmetyków. Statystycznie zęby myjemy dwa, a nawet dwa i pół raza więcej niż na przykład bierzemy prysznic. Być może faktycznie coś w tym jest i mniej więcej z tego względu uważam, że pasta do szorowania naszych ząbków powinna być zdrowa. 

Co znaczy dobra pasta

Pewnie dla każdego z nas ta definicja brzmiałaby inaczej. Myślę jednak, że wiele haseł wymienilibyśmy wspólnie: świeży oddech, gładkie zęby, zapobieganie próchnicy, wybielanie, uczucie świeżości. Ja od siebie dodam jeszcze jedno kluczowe słowo: DOBRY SKŁAD, a co za tym idzie brak fluoru.

Jestem bardzo cięta na zawartość fluoru w pastach do zębów. Z kilku bardzo istotnych powodów nie ufam temu pierwiastkowi i wolałabym go nie zażywać za każdym razem podczas czyszczenia zębów, więc sięgam chętniej po jego ziołowe lub mentolowe zamienniki. Podobno fluor zapobiega próchnicy, ale coraz częściej można usłyszeć, że ta jego profilaktyczna działalność nijak się ma do szkód jakie po sobie pozostawia. 

Przyjrzyjmy się bliżej temu pierwiastkowi. Fluor był i jest powszechnym składnikiem leków psychotropowych, a także... trutek na insekty. Ponadto kto bliżej zapoznał się z historią II wojny światowej, wie że więźniom obozów koncentracyjnych podawano do picia rozcieńczony w wodzie fluor. Po co? Z pewnością nie chodziło o kondycję zębów. Fluor ma bowiem właściwości otumaniające. Już niewielka dawka (0,45 ppm) roztworu fluorku potasu znacznie spowalnia reakcje sensoryczne i umysłowe, a co powiecie na to, że w praktycznie każdej paście do zębów jest go ok. trzy tysiące razy więcej? 

Pasty do zębów, które polecam

Moja obsesja na punkcie fluoru zapoczątkowała poszukiwania pasty zbliżonej składem do ideału. Zależało mi żeby składniki były pochodzenia naturalnego, a więc żeby nie zawierał wszelkich: SLS, SLES, parabenów,  syntetycznych aromatów i barwników. No i fluoru oczywiście. 

Sylveco



Prawdę powiedziawszy to był to szybki i nieprzemyślany zakup. Pani w sklepie poleciła, więc wzięłam. Dopiero w domu bliżej zapoznałam się z zawartością produktu i muszę przyznać, że przypadł mi do gustu. Obawiałam się, że dałam się oszukać. Co prawda fluoru brak, ale nie wiadomo co jeszcze w trawie piszczy, prawda? Okazało się, że pasta jest całkiem przyjazna naturze. Większość kluczowych składników jest pochodzenia naturalnego. Zresztą na opakowaniu zostały one wszystkie wyszczególnione i skrupulatnie opisane - spodobało mi się to!

Moje odczucia podczas stosowania: Pasta jest bardzo łagodna i nie podrażnia dziąseł. Jej zapach i smak można określić jako ziołowy. Niestety po umyciu zębów nie pozostawia uczucia świeżości w ustach, przez co praktycznie nie czuć różnicy przed i po stosowaniu. Mimo wszystko delikatnie czyści szkliwo i niweluje brzydki zapach z ust, więc jest jak najbardziej godna polecenia. 

Cena: ok 15 zł



Biomed 

Tym razem zakup już w stu procentach przemyślany. Jeszcze w sklepie zapoznałam się ze składem (99% naturalnych składników), a najbardziej do wyboru tej pasty przekonał mnie fakt, że produkt pochodzi oryginalnie z Niemiec. 


Zapewnienia producenta: Wzmacniająca pasta do zębów BIOMED CALCIMAX z kompleksem z alg głębinowych i różowej gliny oraz hydroksyapatytem wapnia do ochrony przed próchnicą i skutecznej remineralizacji szkliwa zębów. Zanurz się w całkowitej zgodzie z naturą. Potwierdzony klinicznie efekt czyszczenia w 30 sekund! Idealnie pasuje dla dzieci powyżej 6 roku życia i dorosłych.
Czyści i wzmacnia szkliwo, dba o zdrowie dziąseł i świeży oddech oraz zapewnia ochronę przeciw próchniczą. Skuteczność pasty potwierdzona klinicznie w Szwajcarii.
Każda pasta do zębów zawiera 12 unikalnych składników pochodzenia naturalnego. Odpowiednia dla całej rodziny. Ekologiczny skład, nie zawiera SLS, SLES, triklosanu, chlorheksydyny, agresywnych składników ścierających i wybielających. Nie zawiera fluoru.  

Moje odczucia podczas stosowania: Pierwsze moje wrażenie było dosyć specyficzne, bowiem całkowicie nie spodziewałam się słonej pasty do zębów. Przez cały okres stosowania nie mogłam się przekonać do tego smaku. Podobnie jak nie przekonywał mnie fakt, iż wystarczy zęby szorować 30 sekund zaledwie. Koniec końców pasta pozostawiała uczucie świeżości po umyciu i choć nie trwało ono długo, zęby były czyste i gładkie, a zapach z ust przyjemny.

Cena: ok 10 zł

Agafji

Marka, którą chyba wielu z Was bardzo dobrze zna i już sobie ceni. Ja również zaczynam pomału doceniać produkty tej firmy, co choć produkty do higieny jamy ustnej zadebiutowały w moim sklepowym koszyku, to w domowej łazience zdały swój egzamin na 100%. Cieszę się, bo zaryzykowałam i od razu kupiłam dwie sztuki. Niebieska - odświeża oddech. Żółta - wybiela szkliwo.





Moje odczucia podczas stosowania: Obie pasty sprawdziły się rewelacyjnie. Dokładnie wyczyściły szkliwo, pozostawiając przy tym długie uczucie świeżości. Generalnie nie nastawiałam się na jakieś super zmiany, którymi szczyciła się etykieta, ale z mojej buzi nie było czuć przykrego zapachu, a zęby jak były białe, tak są nadal, więc uznaję to za sukces. Miłym zaskoczeniem był skład produktów, bowiem obie pasty były bogate w tak zwane super składniki (aloes, oleje syberyjskie, sól RAPA, kwiatowy pyłek pszczeli).

Cena: ok 15 zł

Wszystkie wymienionych wyżej past do zębów mogę jak najbardziej polecić. Sylveco jest bardzo delikatna, przez co nie daje mi satysfakcjonującego efektu i poczucia świeżości zaraz po umyciu, ale jeśli komuś to nie przeszkadza, pasta jest jak najbardziej godna polecenia.  Biomed Calcimax ma specyficzny smak, ale myślę, że wypróbuję jeszcze inne rodzaje produktów tej firmy, natomiast Agafji to dla mnie strzał w dziesiątkę. Zamierzam też w najbliższym czasie zapoznać się z innymi kosmetykami Agafji. Polecacie coś? 
34

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia